Polska nauka stoi na progu wielkich zmian. Może zaryzykować i przekroczyć go. Może czekać i liczyć na cud. Konstytucja dla Nauki premiera Jarosława Gowina nie jest projektem idealnym. Jednak wszyscy, którzy troszczą się o losy polskiej akademii widzą, że zmiany są konieczne. Reforma jest niezbędna i nieuchronna. Bez niej nauka w Polsce tkwić będzie w warunkach stworzonych przez kilka dekad zapóźnień. I topić będzie się w bagnie lokalnych układów i układzików.

Szczerze kibicuję staraniom premiera Gowina. Miesiąc temu wyraziłem to w Jasnej stronie Konstytucji dla Nauki. Nie zmieniłem zdania. Broniłem tej reformy w czasie debaty „Nowych Peryferii”. Broniłem jej w licznych rozmowach. Wewnątrz środowiska akademickiego. I poza nim. Uważam, że Konstytucja dla Nauki to krok w dobrą stronę. To krok w stronę normalności.

Właśnie dlatego zdecydowałem się zabrać głos w konsultacjach prowadzonych przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Ogólnie, uważam, że szkoda na to czasu – i tak władza obojętna jest na głos obywateli. I tak konsultacje są tylko rytuałem i fasadą. Ale nie tym razem. Tym razem uważam, że to też moja ustawa.

Z Wami również chciałbym podzielić się czterema niebezpieczeństwami, które dostrzegłem w tekście projektu. Syntetycznie. Obiecuję.

 

Społeczno-gospodarcza potrzeba zamknięcia kierunku

W zorganizowanej przez „Nowe Peryferia” debacie postawiłem takie pytanie: czy ministerstwo musi zapłacić uniwersytetom? Tak całkiem serio: czy podatnicy mają obowiązek sponsorować pomysły władz uczelni? Nie byłem pierwszy. Treść artykułów 60 i 61 projektu pokazuje, że i autorzy Konstytucji dla Nauki myśleli o tym intensywnie. Bo przecież ministerstwo może, ale nie musi. Rezultatem ich namysłu stały się „lokalne lub regionalne potrzeby społeczno-gospodarcze”, które pozwalają decydować o braku zgody na prowadzenie kierunku. Pstryk! Ministerstwo może nie zapłacić uniwersytetom. Może zabronić im kształcić, jeśli to kształcenie nie będzie odpowiadać „lokalnym lub regionalnym potrzebom społeczno-gospodarczym”.

Pomysł może wydawać się słuszny. Ale…

Po pierwsze, ustawa nic nie mówi, w jaki sposób ministerstwo będzie identyfikować, opisywać i monitorować „potrzeby”. Zresztą, tak szczerze mówiąc, co to są „lokalne lub regionalne potrzeby społeczno-gospodarcze”? To unikalny produkt nowomowy funduszy unijnych, któremu brakuje definicji. To argument-zabójca. Może oznaczać cokolwiek. I wszystko. Albo nic. Wszystko w rękach ministerstwa.

Po drugie, jeśli ministerstwo nauki zaczęłoby monitorować społeczno-gospodarcze potrzeby w całej Polsce, to musiałoby się stać super-resortem. Powstałoby urząd planowania po kuracji hormonem wzrostu. I miałby on prawo do arbitralnego odmówienia lub cofnięcia pozwolenia na utworzenie kierunku studiów. Na podstawie swojego osądu na temat „lokalnych lub regionalnych potrzeb społeczno-gospodarczych”. Jeśli tak ma wyglądać modernizacja szkolnictwa wyższego, to może zbyt ufny jestem wobec intencji premiera Gowina.

Po trzecie, taki argument w rękach ministerstwa to instrument „likwidacji Polski regionalnej”, którą systematycznie projektowi Konstytucji dla Nauki zarzuca pan Aleksander Temkin, lider Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej. Trudno mieć inne wrażenie, skoro to resort nauki ma wiedzieć, co potrzebne jest regionom – w jego władzy znajdzie się projektowanie tego, co stanie się potrzebą społeczno-gospodarczą. Bez głosu lokalnych samorządów. Daleko mi do poglądów profesora Temkina, ale tym razem nie sposób odmówić mu racji.

 

Widmo korupcji krąży nad konkursami

Ustawa 2.0, nazywana dziś Konstytucją dla Nauki, miała wyleczyć akademię z niszczących ją patologii. Możemy spierać się odnośnie ich skali. Ale musimy zgodzić się, że polską naukę trawią poważne choroby. Premier Gowin obiecał, że przygotuje lekarstwo. Nie musi być smaczne. Ważne, żeby zadziałało.

Kluczowym problemem, z jakim mamy do czynienia na uniwersytetach w Polsce jest pokusy korupcji i nepotyzmu. Wszyscy wiemy, że „otwarte” konkursy mają swoich faworytów. Czasem działania komisji konkursowych budzą spore zastrzeżenia. Niestety, Konstytucja dla Nauki nie zawiera recepty na ten problem. W artykule 126 uczelnie utrzymują szeroką swobodę w określaniu trybu i warunków przeprowadzenia konkursu na stanowisko nauczyciela akademickiego. Autorzy projektu zakładają chyba, że pokusy korupcji i nepotyzmu znikną samoistnie. Jest to jednak mało prawdopodobne, bo dla kadry przeciętnych jednostek ponadprzeciętny kandydat nie jest potencjalną szansą na rozwój ośrodka, ale realnym zagrożeniem dla pielęgnowania przeciętności. To powszechne zjawisko. Kiedyś, Janusz Wojciechowski, ówczesny właściciel piłkarskiej Polonii Warszawa, stwierdził, że zawodnicy sabotują starania o awans do ekstraklasy, bo wiedzą, że dla części z nich będzie to oznaczało pożegnanie z klubem. Dlaczego więc naukowcy mieliby być inni? Dlaczego słaby naukowiec pracujący na przeciętnej uczelni miałby cieszyć się, że przyjdzie mu rywalizować na wydziale z kimś bardziej utalentowanym?

Nie oznacza to, że skoro Konstytucja dla Nauki nie zawiera recepty, to nie istnieje lekarstwo. Jest ich wiele. Moim ulubionym jest pomysł tworzenia mieszanych komisji konkursowych – uczelnia wyznacza trzech członków, w tym jednego spoza swoich pracowników, minister nauki nominuje kolejnego, zaś dyrektor nowoutworzonej Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej powołuje ostatniego z ekspertów. Taki system pozwala wyeliminować pokusy korupcji i nepotyzmu. Oczyścić procedurę zatrudnienia nauczycieli akademickich z niebezpiecznych chorób. Równocześnie, uspołecznia sposób zarządzania uczelniami – przedstawiciel ministra reprezentuje w komisji interesy podatników (którzy chcą wydać swoje pieniądze w możliwie najlepszy sposób), a reprezentant NAWA stoi na straży interesów środowiska akademickiego.

Można też spróbować innych rozwiązań. Byle tylko odpędzić widmo konkursowych patologii.

 

Renomowane publikacje kosztują podwójnie

Konstytucja dla Nauki ma w sobie coś z mentalności postkolonialnej. Kiedy prowadziłem badania w Południowej Afryce często natrafiałem na głęboko zakorzenione w mentalności czarnej społeczności pragnienie bycia tacy jak oni. Chęć dorównania kolonizatorom. Lub chociaż stania się prawie tacy jak oni. To gigantyczny ciężar dla kraju, który potrzebuje innowacji. Polska również potrzebuje nowatorskich rozwiązań. I również potrzebuje zrzucenia ciężaru mentalności postkolonialnej, tego balastu, który sami zarzuciliśmy sobie na plecy chcąc stać się tacy jak oni.

Dlaczego to takie ważne? Ponieważ Konstytucja dla Nauki zbudowana jest na fundamencie imitacji. Projekt nakłada na ministra obowiązek stworzenia wykazów wydawców publikujących recenzowane monografie oraz czasopism naukowych indeksowanych w bazach o największym zasięgu. Zgadzam się z kierunkiem zmian. Zgadzam się z ich celem. Nie podoba mi się jednak sposób, w jaki premier Gowin chce zaszczepić jakość w polskiej nauce.

Uważam, że przyszłością badań jest wolny dostęp. Od Ustawy 2.0 oczekiwałem, że stworzy z niego priorytet. To jest nasza jedyna szansa, żeby dokonać nie kroku, ale skoku naprzód. Tylko pomyślmy, dlaczego polscy naukowcy mają być uzależnieni od publikowania w zagranicznych wydawnictwach i czasopismach? Nie mówię, że nie mają w nich publikować. Oczywiście, niech to robią, jeśli jest to korzystne dla promocji wyników ich badań. Ale równocześnie wspierajmy rozwój polskich redakcji i polskich wydawców. Nie jesteśmy skazani na bycie prawie tacy jak oni. Możemy być równie dobrzy. Ba, możemy być nawet lepsi. Skumulowanie rozporoszonych środków na funkcjonowanie czasopism pozwoliłoby stworzyć takie tytuły, które mogłyby dołączyć do naukowej pierwszej ligi. Dobry przykład to estoński periodyk „Studies of Transition States and Societies” – powstał w 2009 roku w Tallinnie, bez wsparcia wielkiego wydawcy, obecnie ma już bardzo przyzwoity jak na nauki polityczne impact factor. Da się.

Dużo zależeć będzie od późniejszych rozporządzeń. Jednak już teraz można zdiagnozować kilka negatywnych zjawisk, które karmić będzie Konstytucja dla Nauki. Wszystkie razem tworzą coś, co nazwałbym depolonizacją komunikacji naukowej w Polsce. Spójrzmy na jej różne twarze:

  • Zmuszenie naukowców do publikowania w renomowanych, zagranicznych wydawnictwach spowoduje realne zmniejszenie się budżetów bibliotek naukowych i zmniejszenie dostępności wyników prac polskich badaczy dla krajowego czytelnika. Nawet na Zachodzie koszt elektronicznej prenumeraty czasopism naukowych jest gigantycznym obciążeniem dla uniwersytetów. W Polsce nie będzie przecież inaczej… A biblioteki publiczne stracą jakiekolwiek szanse na uzupełnianie zbiorów literatury naukowej.
  • Konsekwencją będzie zamknięcie polskich wydawców w pułapce ograniczonego rozwoju. Zmuszenie ich do natychmiastowego konkurowania z międzynarodowym oligopolem skaże ich na trwanie w warunkach ograniczonego prestiżu. Ograniczony prestiż odstraszać będzie autorów prac wysokiej jakości. Brak takich publikacji będzie dalej ograniczał oddziaływanie polskiego wydawcy. Jak Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego może konkurować z Oxford University Press?! Jak można konkurować z przedsiębiorstwem, które od pięciu lat ma co najmniej 750 milionów funtów obrotów rocznie?!
  • Podobną pułapkę autorzy projektu przygotowali dla polskich czasopism naukowych. Jeśli zabraknie narzędzi stymulujących ich rozwój, to redakcje całkowicie pozbawione zostaną motywacji do zmian. Droga do Scopus czy Web of Science nie jest prosta. I nie jest też szybka. Periodyki, które dzisiaj są o dwa kroki od osiągnięcia tego celu zrównane zostaną z pismami, które mają znikome znaczenie naukowe. Lista B czasopism ma swoje istotne wady, ale nie oznacza to, że należy karać redakcje rozwijających się czasopism za zapóźnienia swoich poprzedników. To trochę tak jakby oczekiwać od młodzieżowców, że przywiozą medale z igrzysk olimpijskich – może się uda, ale po czterech latach treningów ich szanse będą znacznie większe.
  • Najbardziej martwi mnie jednak ekonomiczny aspekt proponowanej rewolucji. Rozumiem intencje autorów Konstytucji dla Nauki i z własnego doświadczenia wiem, jak ważnym jest umiędzynarodowienie pracy badawczej. Ale pamiętajmy też o tych, którzy płacą za całą zabawę. Nie rozumiem, dlaczego – zdaniem ministra polskiego rządu – polski podatnik ma fundować kosztowne badania naukowe i płacić za możliwość przeczytania ich wyników zagranicznym przedsiębiorcom. Przecież to jest niespójne! Jaki interes ma obywatel naszego kraju, w tym, że naukowcy z polskich uczelni będą przekazywać swoje osiągnięcia renomowanym wydawcom i ich dystrybutorom? Dlaczego mają płacić na instytucje finansujące naukę (jak NCN czy NCBiR), a potem jeszcze raz płacić za to samo renomowanym wydawcom? Zastanówmy się, w jaki sposób zareagowaliby wyborcy, gdyby minister Radziwiłł powiedział, że trzeba zachęcić polskich lekarzy do wyjeżdżania do innych krajów, bo tak mogą pokazać jak świetnie ich przygotowaliśmy do zawodu. Albo gdyby minister Błaszczak zaproponował, że polscy policjanci będą pilnować porządku w Niemczech, bo to bardziej renomowany kraj dla stróżów prawa. Uważacie, że Polacy byliby zachwyceni?

To nie wszystko. Proponowane zmiany oznaczają też, że w ciągu kilku lat uniwersytety zmuszone będą do rezygnacji z edukacji w języku polskim. Albo jej jakość dramatycznie spadnie. Skoro polscy autorzy mają publikować w prestiżowych pismach i renomowanych wydawnictwach, to będą to robić najpewniej w języku angielskim. W rezultacie, najpóźniej w ciągu dekady zabraknie literatury naukowej w języku polskim. Zostaną albo starocie, albo (z perspektywy ministerstwa) jakieś odpady. Czy można będzie wciąż kształcić studentów, skoro nie będą mieli czego czytać?

Oczywiście, zmiana ta jest nieuchronna. Niebawem, uniwersytety w Polsce będą musiały kształcić studentów w języku angielskim. Ale niech autorzy projektu napiszą wprost, że wylewają tego fundamenty. Niech środowisko akademickie ma świadomość, że transformacja już się rozpoczęła. I że rządzić będą nią zasady ewolucji: przetrwają ci, którzy potrafią się dostosować.

 

Prokuratura, czyli dział kadr uniwersyteckich

Ministerstwo obiecało wycofać się z nieszczęsnego przepisu art. 120 ust. 3, który dawał prokuratorom władzę nad polityką kadrową uniwersytetów. Nie ma sensu powielać uzasadnienia, jak niebezpieczne to rozwiązanie – doskonale wyjaśnił to dr Tomasz Kamiński z Uniwersytetu Łódzkiego dla „Liberte!”. Oby tylko premier Gowin dotrzymał słowa!

 

***

Mimo tych zastrzeżeń, życzę projektowi Konstytucji dla Nauki powodzenia. Stoimy na progu wielkich zmian. Albo ruszymy i spróbujemy odnaleźć się w globalnej rywalizacji. Albo zostaniemy w tym samym miejscu i będziemy patrzeć, jak ucieka nam świat. Mamy w Polsce bardzo utalentowanych naukowców. Musimy tylko stworzyć im warunki, w których ich praca przyniesie najlepsze rezultaty. Projekt premiera Gowina nie jest idealny. Ale lepszego pomysłu dzisiaj nie mamy… To może ostatnia nasza szansa na długie lata.

 

Reklamy

5 myśli na temat “Niebezpieczeństwa Konstytucji dla Nauki

  1. Gratuluje ciekawego tekstu i dziękuję za przytoczenie mojego, ale mam na imię Tomasz a nie Łukasz 🙂 Pozdrawiam TK

    1. Dziękuję serdecznie. I najmocniej przepraszam za (już poprawiony) błąd. Nie mam bladego pojęcia, skąd wzięła mi się taka pomyłka. Również gratuluję przytoczonego artykułu!

  2. A o pensjach nic? Mamy spełniać te wszystkie wydumane wymagania za pensje z Biedronki? W jakiejkolwiek korporacji człowiek z wiedzą i biegłym angielskim zarabia 10 tys. na rękę

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s