Prędzej czy później, każdy, kto zajmuje się polityką historyczną musi zmierzyć się z tezą, że jest ona niepotrzebna, zaś historią powinni zajmować się historycy. Jest to stwierdzenie niezwykle popularne. Budzi jednak skrajne emocje – jedni przyklaskują mu z entuzjazmem, drudzy oburzeniem odpowiadają na chęć wypchnięcia państwa poza politykę pamięci. Niedawno do grona przeciwników polityki historycznej dołączył pan Profesor Leszek Balcerowicz.

Na swoim facebookowym profilu pan profesor napisał:

„Polityka historyczna” to fałszowanie historii dla celów partyjnych. Niech historią zajmują się historycy, leczeniem lekarze, sądzeniem sędziowie itp. Im mniej polityki w tych i innych dziedzinach, tym lepiej dla ludzi.

Po tylu latach badań nad polityką historyczną nie mogłem powstrzymać się od komentarza. Wyraziłem swój sprzeciw wobec takiej interpretacji. Napisałem:

Panie Profesorze, od ponad sześciu lat zajmuję się badaniem polityki historycznej jako formy komunikacji politycznej i […] uważam, że jej realizacja jest naturalną dla polityki, przybierając formę aliansu pamięci i władzy. Różni się formą lub intensywnością, ale jest równie oczywista, co polityka gospodarcza, społeczna czy zagraniczna. Może więc Pan krytykować daną politykę (jako policy), ale nie samo jej istnienie – użyje przykładu, który bliski będzie Pańskiemu doświadczeniu: fakt, że polityka gospodarcza państw socjalistycznych była zła nie upoważnia do stwierdzenia, że państwo nie ma prawa zarządzać procesami ekonomicznymi lub na nie oddziaływać w granicach narzędzi danego porządku prawnego, a ekonomia powinna zostać zostawiona ekonomistom/przedsiębiorcom.

Zaproponowałem też rozwinięcie uzasadnienia. Pan Profesor Balcerowicz skorzystał z mojej propozycji. Oto rezultat. Odnoszę się do każdego ze zdań z jego wpisu, stawiając sobie naczelne pytanie: czy profesor Balcerowicz ma rację krytykując politykę historyczną?

***

„Polityka historyczna” to fałszowanie historii dla celów partyjnych

Polityka historyczna na przekór chęci swoich twórców i krytyków nie jest ani „mówieniem prawdy”, ani „fałszowaniem historii”. Jest ona przestrzenią oddziaływania państwa i zespołem narzędzi, które pozwalają rządowi osiągnąć określony rezultat. Dychotomia prawda–kłamstwo jest po prostu nietrafiona. Czy ktokolwiek mówi, że polityka gospodarcza jest mówieniem prawdy o sytuacji ekonomicznej kraju? Lub czy ktokolwiek krytykuje politykę zagraniczną zarzucając jej, że fałszuje pozycję międzynarodową państwa? Szczerze mówiąc, byłoby to niedorzeczne.

Jednak politykę historyczną można atakować z pozycji moralności (i logiki). We wszystkich innych przypadkach dominującymi kategoriami są „interes narodowy”, „rozwój” czy „bezpieczeństwo kraju”, ale polityka historyczna ma się kręcić wokół prawdy. Dlaczego polityka edukacyjna czy gospodarcza ma być nastawiona na postęp czy dobrobyt, a nie na magiczne mówienie prawdy?

Moim zdaniem, sytuacja ta wynika z powszechnego niezrozumienia, czym jest polityka historyczna. Jest ona bowiem opowiadaniem przez rząd o przeszłości lub jej interpretowaniem. Jej cel jest możliwy do określenia, a może nim być wpływ na: tożsamość polityczną społeczeństwa, podzielaną społecznie wiedzę (idee, przekonania czy wartości), postawy polityczne czy zachowania i decyzje obywateli. Osiągnięcie planowanych rezultatów możliwe jest dzięki zarządzaniu treściami pamięci zbiorowej i stworzeniu emocjonalnej więzi między opowieścią a odbiorcą. Upraszczając, polityka historyczna służy tworzeniu prostych wyjaśnień świata wokół nas, które odwołują się do wydarzeń z przeszłości – one zaś pozwalają rządowi wpływać na obywateli. Polityka historyczna jest więc sposobem, w jaki komunikuje się władza.

Oznacza to, że polityka historyczna ma swoje zauważalne cechy. Opiera się ona na dualizmie zapamiętywania i zapominania. Każda z tych strategii może być i prawdziwa, i fałszywa, lecz podobnie prawdziwym fałszywym może być podniesienie akcyzy, zmiana programu nauczania fizyki czy utworzenie placówki dyplomatycznej w Montevideo. Prawdziwość fałszywość nie jest istotna dla wyboru między zapamiętywaniem a zapominaniem – istotnym jest, czy wybrana strategia pozwala państwu osiągnąć określone cele. Jeśli podniesienie akcyzy zmniejsza liczbę osób palących papierosy, a w rezultacie nakłady państwa na ochronę zdrowia, to czy będziemy się pytać o prawdziwość założeń, które doprowadziły do zmiany?

Funkcją polityki historycznej jest wyjaśnienie rzeczywistości poprzez określenie jej związku z przeszłością. Już sam fakt wyboru między zapamiętaniem a zapomnieniem jest kluczowy – zapamiętujemy to, co ważne, zaś zapominamy o tym, co nieistotne. Arbitralność tego wyboru jest konsekwencją aliansu pamięci i władzy. Rząd ma prawo zdecydować, co jest dla państwa istotne, a co jest bez znaczenia. Władza nad zapamiętywaniem – jak słusznie zauważył profesor Balcerowicz – może prowadzić do upartyjnienia polityki historycznej. Ale czy upartyjnienie Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa przez kolejne rządy było choć raz wykorzystane jako argument przeciwko polityce rolnej w ogóle?

Możemy sprzeciwiać się formie, jaką rząd nadaje polityce historycznej, ale nie oznacza to, że polityka historyczna jest „upartyjniona” z natury. Pamiętajmy, służy ona określonym celom – podobnie jak każda z innych polityk rządu. Tak samo może nie podobać się nam polityka zagraniczna, gospodarcza, ochrony zdrowia, społeczna, ochrony środowiska, bezpieczeństwa czy prorodzinna. Każda z nich może być „upartyjniona”, każda z nich może być „zideologizowana”, każda z nich może być po prostu błędna, wadliwa czy niekorzystna. Każda może służyć „celom partyjnym”, lecz każda z nich może też sprzyjać rozwojowi państwa i jego obywateli. Polityka historyczna też.

***

Niech historią zajmują się historycy, leczeniem lekarze, sądzeniem sędziowie itp.

Zacznijmy od kwestii podstawowej – polityka historyczna nie jest tożsama z historią jako dyscypliną naukową. Jej autorytet prawdziwości nie wynika z prezentowania niepodważalnych argumentów czy stosowanej metodologii, ale – jak w przypadku każdego mitu politycznego – z samego faktu opowiadania. Oznacza to, że polityka historyczna nie musi mówić prawdy, żeby być prawdziwa. Musi mówić w taki sposób, żeby odbiorcy uznali to za prawdziwe. Ważniejszym jest to, kto mówi i jak mówi, niż to, co zostanie powiedziane.

Ponadto, pan Profesor Balcerowicz popełnił częsty błąd. Uznał bowiem, że polityka historyczna zajmuje się „historią”. To nie prawda. Polityka historyczna odnosi się do pamięci i wyobrażeń przeszłości, jednak sama w sobie ukierunkowana jest na przyszłość i teraźniejszość. Dla jej twórców istotnym jest to, co zostanie zapamiętanie tylko dlatego, że pozwala to kontrolować, w jaki sposób obywatele zachowają się w przyszłości. Wyłącznie od motywacji polityków zależy, w jaki sposób zostanie to przez nich wykorzystane – może służyć to wzmocnieniu pozycji partii rządzącej, ale może też tworzyć warunki dla rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Pan Profesor na pewno pamięta, że rząd Tadeusza Mazowieckiego decydując się na politykę „grubej linii” miał na celu takie zagospodarowanie pamięci zbiorowej Polaków, aby przeciwdziałać podziałom społeczeństwa i konfliktom w obliczu wyzwań transformacji. Dlaczego nie powiedzieli sobie, niech historią zajmują się historycy? Dlaczego uznali, że wiedzą lepiej od historyków, że Polsce potrzebne jest wygaszenie historycznych uzasadnień dekomunizacji?

Jednak zastrzeżenia pana Profesora Balcerowicza mają swoje częściowe uzasadnienie. W państwie demokratycznym polityka historyczna powinna być pluralistyczna, zaś państwo powinno być tylko jednym z uczestników polityki pamięci. Polityka historyczna rządu nie może również ograniczać wolności naukowych, a władza karać historyków, którzy prezentują inną interpretację przeszłości. Nie powinno się traktować mitologii jako równej nauce. Mitologia nie powinna też być kontrargumentem wobec historii jako nauki. W Polsce politycy często mylą ideologię z faktami, przypuszczenia z dowodami, a wymysły z teoriami. Niestety, nie brakuje też ludzi nauki, którzy swój autorytet są w stanie sprzedać politykom.

***

Im mniej polityki w tych i innych dziedzinach, tym lepiej dla ludzi.

Czy polityka historyczna może być apolityczna? Zapytam inaczej: czy można realizować politykę nie realizując polityki?

Zakładam, że pan Profesor Balcerowicz miał na myśli, że polityka historyczna powinna być odpartyjniona oraz służyć powinna interesom państwa i jego obywateli. Jednak, mógł uznać też, że rząd nie powinien angażować się w politykę pamięci w myśl zasady „im mniej państwa, tym lepiej”. Jednak niezaangażowanie w debatę historyczną już samo w sobie jest formą polityki historycznej – arbitralną decyzją władzy o nieupamiętnianiu przeszłości. Tak, Panie Profesorze, rząd Tadeusza Mazowieckiego, który Pan współtworzył, prowadził swoją politykę historyczną poprzez wygaszanie społecznego zainteresowania komunistyczną przeszłością. I – jak pokazały nasze badania pod kierunkiem profesor Joanny Marszałek-Kawy – jest to jedna z dwóch podstawowych strategii polityki historycznej państw postautorytarnych.

Problem z zastosowaniem zasady „im mniej państwa, tym lepiej” wynika z faktu, że są pytania, z którym władza musi się zmierzyć. Oto trzy najważniejsze przykłady.

Do jakich tradycji nawiązuje państwo? Z jakich korzeni czerpie swoją energię polityczną? Nawet najbardziej demokratyczna władza potrzebuje legitymizacji. Musi wyjaśnić, skąd wzięła się demokracja, jaka jest i co sprawia, że aktualny rząd jest uzasadniony, wiarygodny i prawdziwy. Władza potrzebuje historycznego uzasadnienia, gdyż ludzie preferują konsekwencję i kontynuację.

Kto jest naszym bohaterem? Kogo powinniśmy naśladować, żeby być „dobrym obywatelem”? Nawet najbardziej liberalne państwa mają panteon bohaterów narodowych. Mają też opowieści o zdrajcach i wrogach. Przeszłość pozwala łatwo zdefiniować etykiety różnych zachowań: możemy mówić, że bohaterami Polaków są Żołnierze Wyklęci i chwalić ich niezłomność, możemy też pokazywać, że bohaterami są ludzie, którzy odnaleźli się w gospodarce kapitalistycznej i promować ich przedsiębiorczość. Bohaterem może być żołnierz, naukowiec, działacz społeczny. Ktokolwiek. Jednak państwo musi posiadać swoich herosów, będących wzorem do naśladowania dla obywateli.

Kim jesteśmy i skąd pochodzimy jako naród? Jakie ważne wydarzenia przeżyliśmy jako wspólnota? Nawet najbardziej indywidualistyczne społeczeństwa są czymś więcej niż zbiorem jednostek. Pytanie o tożsamość jest zawsze pytaniem o wizję i wyobrażenie, ale i o doświadczenia przeszłości, które sprawiły, że jesteśmy tym, kim jesteśmy. Moim zdaniem, właśnie ta kwestia stanowi źródło współczesnej polityki historycznej – wobec powracających kryzysów tożsamości społeczeństw postindustrialnych, obowiązkiem państwa jest dostarczać argumentów na rzecz przetrwania wspólnoty obywatelskiej. Celem demokratycznego państwa jest integracja swoich mieszkańców, zaś opowieści o przeszłości i mitologie polityczne pozwalają scalić społeczeństwo.

***

Polityka historyczna jest i prawdziwa, i fałszywa. A zarazem nie jest ani prawdziwa, ani fałszywa. Jest sposobem, w jaki rząd komunikuje się z obywatelami. Strategią wpływania na ich wybory. Może zostać upartyjniona, ale ze swojej natury jest apartyjna. Może być prowadzona dobrze, może być prowadzona źle. To zależy od motywacji i kompetencji polityków. Ale tak na prawdę nie różni się w tym od innych polityk: zagranicznej, gospodarczej, ochrony zdrowia, społecznej, ochrony środowiska czy bezpieczeństwa. Jest po prostu aliansem władzy i pamięci.

Dlatego nie zgadzam się z opinią Pana Profesora Leszka Balcerowicza.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s