Dziś zacznę optymistycznie: jestem przekonany, że polską naukę da się uratować. Nie od razu. Powoli i systematycznie. Może zajmie to pięć lat, może dekadę, może ćwierćwiecze. Trudno powiedzieć. Wiem, że warto próbować.

Mój optymizm ma jedną przyczynę – polscy naukowcy są zdolni i pracowici. Naprawdę. Mamy w Polsce wielu niezwykle utalentowanych badaczy. Ludzi, którzy osiągnęliby znacznie więcej, gdyby mogli liczyć na wsparcie systemu szkolnictwa wyższego. A nie działać na przekór jego strukturze. Dobre badania wymagają odpowiednich nakładów, solidnego warsztatu, komfortowych warunków pracy, atmosfery sprzyjającej innowacji i czasu. Przede wszystkim: czasu.

Dopracowanie pomysłu na badania to najtrudniejszy i najbardziej wymagający etap pracy. Rozumieją to odnoszące sukcesy przedsiębiorstwa. Innowacja rodzi się powoli. Potrzeba wiedzy, znajomości trendów, oceny ryzyka, konsultacji i testów. Na przykład, czy Apple wypuszcza pięć nowych iPhone’ów co roku? Nie. A przecież Apple to setki wybitnych inżynierów i programistów. Najlepszych z najlepszych. Jednak nikt nie oczekuje od nich tysiąca nowych produktów. Oczekują kilku, ale takich, które podbiją rynek.

Na polskich uniwersytetach jest inaczej. Od każdego oczekuje się kilku nowych produktów rocznie. Najlepiej innowacyjnych. Najlepiej takich, które od razu podbiją rynek. Zamiast modelu Apple’a mamy model taśmy produkcyjnej. Taśmowo produkujemy publikacje, taśmowo produkujemy referaty na konferencje, taśmowo produkujemy recenzje, a w rezultacie także taśmowo produkujemy absolwentów. Nie ma czasu na przestoje. Nie ma czasu na refleksję. Taśma pracuje…

Jaki jest efekt każdy widzi.

***

Jestem przekonany, że da się to zmienić. Naprawdę.

Nie będę udawał, że znam receptę na wszystkie choroby polskiej akademii. Nie znam. Mam jednak kilka pomysłów, które można wykorzystać do ulepszenia studiów doktoranckich. To bardziej propozycje do dyskusji niż gotowy program polityczny. To bardziej efekt własnych doświadczeń i setek rozmów niż doskonała strategia.

Zacznę od trzech propozycji ogólnych. Realne oczekiwania, realne cele, realne pieniądze. Fundament mojego pomysłu na studia doktoranckie.

1. Realne oczekiwania, czyli kim jesteś doktorancie.

Zacznę od bardzo prostego pytania: do czego potrzebny jest doktorant? Do czego?! Przez ostatnie cztery lata nie usłyszałem na nie sensownej odpowiedzi. Sam mam jedną do zaoferowania: doktorant potrzebny jest do napisania wartościowej pracy, będącej rezultatem sensownych badań. Poza tym, powinien się rozwijać – swój warsztat metodologiczny, swoje kontakty, swoje kompetencje społeczne i swoje zdolności językowe. Powinien pogłębiać wiedzę – dużo czytać, dużo słuchać i dużo myśleć. Powinien uczyć się od ludzi z doświadczeniem – realizować staże i praktyki, wizytować inne ośrodki, korespondować z cenionymi badaczami, uczestniczyć w spotkaniach naukowych i (o czym często zapominamy) tworzyć więzi z otoczeniem społecznym: biznesem, administracją czy władzą.

Studia doktoranckie powinny służyć tworzeniu naukowca. Przygotowaniu badacza, który będzie zdolny do realizacji ważnych i wartościowych projektów. Kształtowaniu przyszłego wykładowcy, który będzie miał wiedzę i kompetencje, a zarazem będzie w stanie przekazywać je swoim studentom. Studia doktoranckie to czas uczenia się naukowej samodzielności, rozwoju własnej kreatywności i intensywnego budowania fundamentów przyszłego sukcesu. Doktoranci zasługują na trochę zaufania i cierpliwości. Badania naukowe – jeśli mają być dobre – potrzebują czasu. Czasu, którego obecnie doktorantom się odmawia. W efekcie zmuszeni są do taśmowej produkcji bylejakości…

Postawię sprawę jasno: jakie wartościowe wyniki badań, które nadają się do publikacji w rozpoznawanym czasopiśmie może mieć doktorant po pierwszym roku studiów? Żadnych. Ale i tak oczekuje się by publikował. Po co? Nie mam pojęcia… Wiem, że właśnie z tego powodu powstają tysiące artykułów, które nigdy nie zostaną przeczytane. Z tego powodu wygłaszane są tysiące referatów, których nikt nie słucha. To dlatego można mieć w dorobku kilkanaście czy kilkadziesiąt tekstów, z których żaden nie stanowi wartościowego pogłębienia stanu wiedzy. Oto choroba niszcząca jakość polskich publikacji naukowych.

Spójrzmy na to z perspektywy czysto ekonomicznej. Koszt wydania jednej niepotrzebnej książki to co najmniej dwa tysiące złotych. Takich książek powstają w Polsce setki. Każde sto takich książek to dwieście tysięcy złotych wydanych całkowicie bez sensu. Te same dwieście tysięcy złotych to koszt co najmniej dwóch bardzo dobrych projektów badawczych. Pytanie: co jest lepsze – dwa sensowne doktoraty czy sto niepotrzebnych nikomu książek? Dwie możliwe publikacje w cenionych pismach czy stos makulatury?

2. Realne cele, czyli dlaczego obrona pracy doktorskiej powinna być priorytetem.

Uznałem, że doktorant jest potrzebny, by napisać wartościową pracę doktorską i rozwijać się naukowo. To realizacja tych celów powinna być dla niego priorytetem. Nie pisanie kolejnych artykułów, nie wygłaszanie kolejnych referatów, nie organizowanie kolejnych konferencji, nie prowadzenie kolejnych zajęć dydaktycznych i nie aktywna promocja własnej jednostki. Nadrzędnymi celami są przygotowanie dobrej pracy, przeprowadzenie solidnych badań i postęp. I z tych elementów doktorant powinien być rozliczany. Na koniec każdego roku akademickiego powinien odpowiedzieć na trzy pytania. Pierwsze: czy bliżej mi do napisania dobrej pracy, która stanowić będzie wkład w rozwój dyscypliny? Drugie: czy prowadzone przeze mnie badania są wartościowe, staranne i charakteryzują się wysokim standardem metodologicznym? Trzecie: czy jestem lepszym naukowcem?

Z perspektywy obecnego systemu oceny doktorantów taka zmiana byłaby rewolucją. Nie da się bowiem sprowadzić tych odpowiedzi do tabeli punktacji. Do kryteriów oceny. Do regulaminów. I tak dalej. Taka zmiana wymagałaby indywidualnego podejścia do każdego doktoranta. Indywidualne podejście do człowieka to coś, co w Polsce nienawidzone jest szczególnie. A brak tabeli punktacji to najgorszy koszmar ministerstwa. Ale zastanówmy się: czy lepsza jest inwestycja w dobrego młodego naukowca, który zrealizuje solidne badania i napisze wartościową pracę, czy w młodego naukowca, który zamiast prowadzić badania i pisać pracę, skupia się na tworzeniu strategii zdobywania punktów. Różne cele, różne rezultaty.

Powszechne jest narzekanie na coraz niższy poziom prac doktorskich. To słuszne narzekanie. Ale nie jest tak dlatego, że doktoranci są gorsi, głupsi czy słabiej przygotowani. Jest tak, gdyż polscy doktoranci muszą zajmować się wszystkim innym, tylko nie pisaniem pracy i prowadzeniem badań. Żeby przetrwać doktorant musi zbierać punkty. Nie dostaje punktów za pisanie pracy i prowadzenie badań. Dostaje je za wszystko inne. Dlatego nie ma czasu na to, co powinno być priorytetem. Spójrzmy prawdzie w oczy: wszystko inne – publikacje, referaty, konferencje, zajęcia dydaktyczne, aktywność organizacyjna, promowanie jednostki – daje doktorantowi konkretną korzyść w postaci wynagrodzenia. A wartościowy doktorat? Najwyżej może poprawić samopoczucie. I tak usłyszy, że na polskich uczelniach nie ma wolnych etatów. A jeśli będzie akurat wolne stanowisko, to i tak liczyć się będzie wszystko inne. Jakość pracy liczyć się nie będzie.

Brutalna prawda: obecny system oceny doktoranta nie skłania do pisania wartościowych prac. Trzeba ją napisać i trzeba ją obronić. Tylko tyle. Ale czy to ma jeszcze jakikolwiek sens? Może zacznijmy przyznawać stopnie naukowe za uzbierane punkty? Jak na stacjach benzynowych – wymień pięćset punktów na doktorat. Kolejne pięćset na habilitację. Tytuł profesora? Proszę bardzo, razem dwa tysiące punktów. Czy mogę do tego zaproponować płyn do spryskiwaczy? [I świąteczne promocje: do dwóch publikacji, trzecia gratis].

3. Realne pieniądze, czyli ile kosztują badania do doktoratu.

Szczęśliwy doktorant z pakietem stypendiów zarabia rocznie mniej więcej trzydzieści osiem tysięcy złotych. Nie jest to jednak jego wynagrodzenie, gdyż (jak pisałem poprzednio) są to środki, z których sfinansować musi także swoje badania i rozwój zawodowy. Zatem, nasz szczęśliwy doktorant przez cztery lata studiów może uzyskać sto pięćdziesiąt dwa tysiące złotych. Narodowe Centrum Nauki przyjęło, że koszt realizacji projektu trwającego trzy lata (a tyle trwa realizacja projektu doktorskiego) wynosi maksymalnie sto pięćdziesiąt tysięcy złotych. Minus trzydzieści tysięcy prowizji dla uczelni. Zostaje sto dwadzieścia tysięcy. Przyjmijmy: sto tysięcy złotych.

Zostają pięćdziesiąt dwa tysiące złotych (miesięcznie niespełna tysiąc sto złotych) na: przeżycie, dbanie o wygląd, udział w konferencjach naukowych, opłaty członkowskie w towarzystwach naukowych czy zakup literatury. Nasz szczęśliwy doktorant nie jest już taki szczęśliwy… Dlatego na swoje badania wyda kilka, może kilkanaście tysięcy złotych. Dlaczego? Ponieważ zakup przydatnego oprogramowania nie da mu punktów w tabeli, ale udział w konferencji naukowej już tak. Zamiast wydać trzy tysiące złotych na wartościowe narzędzie, wyda trzy tysiące złotych na trzy bezwartościowe konferencje. Takie, na których nikt nikogo nie słucha. Tak działa system… Zwarcie. Gaśnie światło…

Oto moja propozycja: sto tysięcy złotych na realizację i promocję badań, sto dwadzieścia tysięcy złotych stypendium (dwa i pół tysiąca miesięcznie) i trzydzieści tysięcy złotych dla uczelni na obsługę administracyjną i rachunkową. Plus – ewentualnie – dodatkowe pięćdziesiąt tysięcy złotych na półroczny staż w cenionym ośrodku zagranicznym (obniżając o mniej więcej jedną trzecią kwoty przyznawane przez ministerstwo w konkursach Mobilność Plus). Razem: trzysta tysięcy złotych. Tyle kosztuje stworzenie przyjaznych warunków pracy dla doktoranta.

Pozostają jeszcze koszta studiów doktoranckich: promotora, prowadzących kursy dla doktorantów, recenzentów, komisji, funkcjonowania jednostki. I tak dalej. Bazując na obecnych stawkach za niestacjonarne studia doktoranckie zakładam, że mniej więcej kolejne pięćdziesiąt tysięcy złotych w ciągu czterech lat (tyle kosztują studia doktoranckie na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej). Wszystko razem: około trzysta pięćdziesiąt tysięcy złotych. Teraz kluczowe pytanie: na ilu takich doktorantów stać Polskę?

Główny Urząd Statystyczny podaje, że w 2013 roku było trzydzieści trzy tysiące stacjonarnych doktorantów. W proponowanym przeze mnie systemie finansowania oznaczałoby to wydatek niemal trzech miliardów złotych rocznie. Zdecydowanie ponad siły państwa. I podatnika. Może więc dziewięć tysięcy, które otrzymywało jakiekolwiek stypendium? To koszt prawie ośmiuset milionów złotych rocznie. Wciąż bardzo dużo… Wydaje mi się, że jedna trzecia tej liczby byłaby wystarczająca. Trzy tysiące dobrze finansowanych pozycji dla doktorantów. Nieco ponad dwieście sześćdziesiąt milionów złotych rocznie. Oto koszt zmiany. Zmiany na lepsze.

Ale… Dwieście sześćdziesiąt milionów złotych to również – mniej więcej – sześćdziesiąt pięć kilometrów autostrad. W cztery lata można połączyć nowoczesną drogą Bydgoszcz ze Szczecinem czy Białystok z Lublinem. Można też stworzyć trzy tysiące pozycji dla doktorantów. Można też kupić dwanaście pociągów Pendolino. Można zbudować pół Stadionu Narodowego. Kwestia wyboru. Warto mieć wybór.

***

Mam również osiem konkretnych postulatów. Osiem punktów programu zmiany.

1. W kierunku systemu grantów badawczych, a nie studiów doktoranckich.

Nowe reguły finansowania sprawdzą się tylko, gdy zmienimy sposób myślenia o studiach doktoranckich. Jeśli doktoranci mają stać się naukowcami to traktujmy ich jak naukowców. Niech wspomniane trzysta pięćdziesiąt tysięcy złotych będzie grantem badawczym, którego efektem ma być obrona wartościowej pracy na podstawie solidnych badań. Niech badanie – a nie studiowanie – stanie się priorytetem. A doktoranci będą rozliczani z realizacji swoich projektów. I z poczynionego postępu. Proste zasady. Realne oczekiwania.

2. Przygotowanie kandydatów na doktorantów.

System grantów nie sprawdzi się bez przygotowania kandydatów na doktorantów. Dlatego proponuję roczne, darmowe kursy (najlepiej on-line), które obowiązkowo prowadzić będą jednostki z prawem do nadawania stopnia doktora. Rok uczenia studentów (lub absolwentów), w jaki sposób napisać aplikację na studia doktoranckie. Rok na rozwijanie kompetencji. Wreszcie, rok na to, aby kandydaci zastanowili się, czy kariera naukowa ich interesuje.

3. Mniej biurokracji, silniejsza pozycja promotora.

Przejście w kierunku systemu grantów pozwoliłoby zmniejszyć doktorancką biurokrację. Zlikwidować stanowisko kierownika studiów doktoranckich. Zlikwidować granty wydziałowe. Zlikwidować wnioski o dofinansowanie. I tak dalej. Kontrolę nad doktorantem powinien sprawować promotor. To promotor powinien pełnić funkcję przełożonego: nadzorować, wspierać, podpowiadać. Oddajmy promotorowi pozycję i prestiż. Po pierwsze, umożliwi to doktorantowi sprawną (i nadzorowaną) realizację badań. Po drugie, pozwoli odbudować renomę bycia promotorem doktoratu i przywróci sens bycia mentorem naukowym.

4. Mniej dydaktyki, niech doktorant asystuje promotorowi.

Tak jest obecnie: doktoranci mają przydzielane zajęcia w ostatniej kolejności. Powoduje to spadek jakości kształcenia. Koszty ponoszą studenci. Młodzi naukowcy nie mają kompetencji by prowadzić dowolne kursy. Postawię sprawę jasno: zazwyczaj doktoranci prowadzą przedmioty, o których nie mają pojęcia. Kto na tym traci najbardziej? Studenci. To oni są ofiarami. Taki stan jest skandaliczny. Dlatego sugeruję likwidację praktyk zawodowych w obecnym kształcie. Niech doktorant powróci do roli asystenta swojego promotora. Niech uczy się, jak uczyć innych. Niech współprowadzi zajęcia (jednak niech nie prowadzi ich zamiast promotora!). Silniejsza pozycja promotora oznacza większą odpowiedzialność opiekuna za doktoranta i za jego rozwój. Skończmy z oszczędnościami, które dotykają przede wszystkim najważniejszą grupę w systemie szkolnictwa wyższego – studentów. Skoncentrujmy się na podnoszeniu jakości, a nie zwiększaniu bylejakości.

5. Mniej chaosu – stwórzmy indywidualny plan rozwoju.

Nastawienie na rozwój ma sens jeżeli każdy doktorant traktowany będzie indywidualnie. Tylko wtedy postęp będzie efektem realizacji planu, a nie przypadku czy szczęścia. Obok harmonogramu pracy badawczej każdy doktorant powinien przygotować założenia dotyczące własnych celów naukowych. Zaplanować: staże, wyjazdy zagraniczne, udział w konferencjach, konsultacje, przygotowania publikacji naukowych, dodatkowe formy zdobywania wiedzy i kompetencji (zwłaszcza komunikacyjnych). Realne cele na cztery lata studiów doktoranckich. Konkretne oczekiwania. Plany, których realizację nadzorować będzie promotor. Zamiast ujednolicenia – różnorodność i indywidualne podejście.

Mój postulat to: mniej chaosu, więcej systematycznego rozwoju. Przemyślane i starannie przygotowane publikacje i referaty w miejsce tych licznych, lecz niepotrzebnych i niedbałych. Wysoki standard w miejsce bylejakości.

6. Rozliczenie doktoranta: najlepiej 2+2.

Oczywiście, system grantów wymagałby kontroli. Dlatego proponuję, żeby po dwóch latach doktoranci przechodzili obowiązkową ocenę postępów w realizacji badań oraz planów rozwoju naukowego. Negatywna ocena powodowałaby odebranie finansowania grantu, czyli – w konsekwencji – skreślenie ze studiów doktoranckich. Radykalnie. Ale jeśli oczekujemy od państwa poważnego traktowania doktorantów to możemy także oczekiwać od doktorantów poważnego traktowania swoich obowiązków. Moim zdaniem, brzmi uczciwie.

Osobiście, jestem przeciwnikiem przedłużania studiów doktoranckich. Świadczy ono o złym zaprojektowaniu badań (czasu ich trwania) lub braku systematyczności w pracy. Jednak są sytuacje losowe czy wydarzenia, na które nikt nie ma wpływu. Dlatego przedłużenie studiów doktoranckich powinno być poprzedzone kolejną oceną postępów i sprawdzeniem, czy rzeczywiście opóźnienie było niezawinione. Jeśli zakładamy, że cztery lata to czas wystarczający na przeprowadzenie badań i napisanie pracy to 95% doktorantów powinno się bronić w terminie. Przy proponowanym przeze mnie systemie finansowania nie byłoby to wyzwaniem.

7. Edukacja doktoranta nastawiona na kompetencje naukowe i badawcze.

Skończmy z pozbawionymi sensu programami studiów doktoranckich. Zrezygnujmy z konwersatoriów na tematy, które interesują wyłącznie prowadzącego. Podarujmy sobie seminaria umieszczane na siłę, które nie przyczyniają się do rozwoju młodego naukowca. Proponuję cztery bloki zajęć: kursy metodologiczne, kursy dotyczące promowania wyników badań naukowych, kursy dotyczące dydaktyki szkolnictwa wyższego i kursy nastawione na rozwój kompetencji społecznych doktoranta. Najlepiej w formie zjazdów (tak jak robi to na przykład Akademia Obrony Narodowej) – raz w miesiącu dwa dni wartościowej pracy z doświadczonymi naukowcami. Do tego możliwość wyjazdu na szkoły letnie organizowane przez wiodące uczelnie lub międzynarodowe towarzystwa naukowe. Różnica w efektach będzie widoczna natychmiast.

8. Stop niepotrzebnym publikacjom! Stop niepotrzebnym konferencjom!

Na koniec punkt, który jest dla mnie szczególnie ważny. Likwidacja corocznej oceny doktoranta i tabeli punktacji oznaczałaby kres niepotrzebnych publikacji i konferencji. Koniec pseudo-nauki. Doktorant mógłby skoncentrować się na tym, co najważniejsze – prowadzeniu badań, pisaniu pracy i doskonaleniu swojego warsztatu naukowego. Realnym stałoby się uzyskanie stopnia na podstawie cyklu artykułów w cenionych czasopismach, ponieważ doktorant wraz z promotorem mieliby czas zaplanować pracę nad nimi. I spokojnie ten plan zrealizować. Zniknęłaby turystyka konferencyjna. Zniknęłyby konferencje o wszystkim. Przetrwałyby kongresy w ramach dyscypliny i konferencje branżowe.

Jaki dorobek powinien mieć doktorant? Trzy, może cztery artykuły w cztery lata. I referaty na dwóch poważnych konferencjach. Tyle wystarczy. Większość pracujących naukowo przyzna mi rację, że taki dorobek miałby dużo więcej jakości niż dorobek dzisiejszych absolwentów studiów doktoranckich. I dużo więcej pożytku przyniósłby polskiej nauce.

***

Oto moje pomysły. Zacznijmy dyskutować. Zmieniajmy system. Wspólnymi siłami jesteśmy w stanie to zrobić. Działajmy razem. Zacznijmy od podstaw, od bycia środowiskiem akademickim, a nie zbieraniną podzielonych naukowców. Razem. Zanim zgaśnie światło…

Obiecuję, że do każdego polskiego parlamentarzysty wyślę list z tymi pomysłami. Tyle mogę zrobić na początek.

Ja na proponowanych zmianach już nie skorzystam. Skorzystają kolejni doktoranci. To nie dbałość o własny interes mną kieruje. Moją motywacją jest dobro wspólne. Naiwne, prawda? Nieprawda. Przez ostatnie dni, tysiące nowych czytelników mojego bloga przypomniało mi, że nie wszystko stracone. Jeszcze nie zgasło światło… My, naukowcy (młodzi i doświadczeni) jesteśmy nadzieją polskiej akademii. Nie zmarnujmy tego, proszę…


Współautorem większości pomysłów jest mój serdeczny przyjaciel i niezwykle zdolny naukowiec – Marek Muszyński z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dziękuję Marku za wiele, wiele godzin naszych dyskusji.

Dziękuję wszystkim, którzy polubili, skomentowali lub udostępnili mój poprzedni wpis. Z Waszą nieocenioną pomocą udało mi się zwrócić uwagę na sytuację doktorantów. Dziękuję Wam! Nie spodziewałem się takiej popularności. Nie spodziewałem się tylu głosów poparcia. Bardzo mi miło, że przez chwilę mogłem pełnić rolę głosu naszego środowiska. To duża odpowiedzialność. Mam nadzieję, że moje pomysły zmian także uznacie za warte rozważenia.

Jeszcze raz dziękuję Wam, szanowni Czytelnicy!

Reklamy

37 myśli na temat “Zanim zgaśnie światło… 11 pomysłów na studia doktoranckie

  1. Dość dużo rzeczy w tekście jest dla mnie niejasne lub bardzo ogólne. Przede wszystkim: czy dobrze rozumiem, że postuluje Pan zmniejszenie liczby miejsc na studiach doktoranckich jedenastokrotnie? Czy może chodzi o to, że 1/11 miałaby otrzymywać przyzwoite finansowanie a pozostałe 10/11 nic?

    1. Proponuję jedenastokrotne zmniejszenie liczby miejsc (model zbliżony do szwedzkiego). Koszt finansowania obecnej liczby doktorantów raczej nie uzyskałby poparcia społecznego… Niestety.

  2. Jestem po doktoracie i zgadzam się z wieloma punktami szczególnie bezsensownemu zbieraniu punktów na konferencjach: jezdze na wiele dziwnych konferencji interdyscyplinarnych bo zbieram punkty: im więcej tym lepiej, dzieci w domu z tata, płace sama za wszystko i ciułam te punkciki, nie ma czasu pisać, przygotowywać się do zajec, wieczna improwizacja.

  3. To jest sensowna propozycja Panie Kolego. Jeżeli wszystkie postulaty zostałyby spełnione (sam mam podobne pomysły) to kolejnym krokiem mogłoby być zniesienie habilitacji i każdorazowe wyrażenie zgody przez CK na bycie promotorem. W ten sposób można byłoby uniknąć „politycznych” doktoratów. Starszy pan profesor, już nie będący aktywnym na uczelni nie byłby promotorem doktoratu, o którego zagadnieniach ma mgliste podejście.

  4. Cenne uwagi. Wprawdzie zastanawia mnie, na ile „szczesliwy doktorant z pakietem stypendiow”, ktory w tym i poprzedni wpisie jest dla Ciebie punktem wyjscia dla rozwazan o sytuacji polskich doktorantow, jest przypadkiem ktory moznaby uznac za reprezentatywny w jakikolwiek sposob dla ogolu populacji – ale oczywiscie nie wplywa to znaczaco na model, do ktorego wartoby dazyc.
    I chcialbym tutaj dorzucic kilka groszy od siebie:
    – Model o ktorym piszesz ma sens w odniesieniu do dyscyplin opartych o przeprowadzenie eksperymentow. Czy wdrazanie go w dyscypliny takie jak socjologia, historia, filozofia czy matematyka bedzie produktywne? (To jest pytanie otwarte; Nie mam dostatecznej wiedzy o doktoratach i doktorantach w tych dyscyplinach, zeby o czymkolwiek przesadzac).
    – Czy ustawianie sztywnej liczby wymaganych publikacji ma sens? Moim zdaniem to jest dysfunkcjonalne, bo liczba publikacji nie jest zadna miara ich jakosci – i zrobienie czegos publikowalnego w Nature kosztuje nieporownywalnie wiecej pracy niz w Folia Nabijamsobiepunkatcjensis. Wymagana liczba publikacji powinna uwzgledniac przynajmniej zlozonosc projektu badaweczego i stopien innowacyjnosci metod ktore beda w nim wykorzystywane. Nie wmawiajmy sobie, ze 3 papiery wymusza lepsza jakosc niz 1 (sprobuj w 4 lata wywalczyc grant i wyprodukowac 3 papiery, z ktorego chocby jeden nadawalby sie do wydania w Cell czy Neuronie).
    – „Doktorant mógłby skoncentrować się na tym, co najważniejsze – prowadzeniu badań, pisaniu pracy i doskonaleniu swojego warsztatu naukowego.” – Zaluje, ze do tych priorytetow nie zaliczyles nawiazywania wspolpracy badawczych i ksztalcenia umiejetnosci pracy w zespole, bo w mojej ocenie to jest jedna z najwiekszych bolaczek polskiej nauki i jeden z glownych powodow, dla ktorych lokalne projekty badawcze sa w tak przytlaczajacej wiekszosci slabe.

    1. Słuszne uwagi. Bardzo za nie dziękuję!

      Do pierwszej dodam, że nie tylko badania eksperymentalne wiążą się z konkretnymi kosztami pomiarów (badania socjologiczne) czy kwerend źródłowych (badania historyczne).

      Przy drugiej podkreślę, że podana przeze mnie liczba publikacji to bardziej maksimum oczekiwań, niż sugerowany dorobek. Osobiście, uważam, że i jedna – ale bardzo dobra – publikacja byłaby wystarczająca.

      Trzecią uznaję za szczególnie ważną. O współpracy badawczej pisałem w części ogólnej, a umiejętności pracy w zespole nieopatrznie nie umieściłem wśród kluczowych kompetencji naukowych. Mój błąd. I jedno, i drugie uważam jednak za niezwykle istotne elementy rozwoju doktoranta jako przyszłego naukowca.

    2. Na moim wydziale nie ma w ogóle stypendiów doktoranckich, 30% dziennych ma projakościówkę i tu ryzyk-fizyk, dostanę – nie dostanę? Pomijam, że nawet jak się „uda” (a to wszystko zależy od „punkcików”), to wypłaty w transzach co kilka miesięcy. Sorry, ale rachunki trzeba płacić co miesiąc i sorry, ale nie potrafię jeszcze żywić się energią kosmiczną, żeby zaryzykować i z pełnym zaangażowaniem skupić się na nauce. Niemal każdy z moich znajomych doktorantów pracuje na pełny etat poza uczelnią. 160 godzin miesięcznie, od 8.00-16.00 codziennie jestem w pracy zarobkowej. Po pracy biblioteka, pisanie w domu, weekendy pisanie, urlop wypoczynkowy przeznaczam na wyjazdy naukowe i konferencje. Raz mnie karetka z pracy odebrała, bo się zresetowałam z przemęczenia. Wyrobić się w tych warunkach w 4 lata? Wolne żarty.

      To tak ad rem szczęśliwych doktorantów z pakietem stypendiów.

  5. O ile poprzedni wpis był całkiem do rzeczy, o tyle ten świadczy, że autor buja w obłokach, oderwany od rzeczywistości. Autor pyta „do czego potrzebny jest doktorant”. I odpowiada:

    „Studia doktoranckie powinny służyć tworzeniu naukowca. Przygotowaniu badacza, który będzie zdolny do realizacji ważnych i wartościowych projektów. Kształtowaniu przyszłego wykładowcy”

    Klituś-bajduś. To znaczy, tak wyglądają świetlane perspektywy, roztaczane przed potencjalnymi doktorantami przez ich przyszłych promotorów, ale jest to tylko przynęta, służąca do wabienia Bogu ducha winnych ofiar. W rzeczywistości łatwo sprawdzić, że rocznie miejsc pracy dla osób po doktoracie powstaje – w instytucjach akademickich i poza nimi – o wiele mniej, niż wynosi liczba osób uzyskujących stopień doktora, a ta proporcja będzie się tylko pogarszać. W tej sytuacji obiecywanie każdemu, kto myśli o rozpoczęciu doktoratu, że będzie mógł zawodowo uprawiać naukę, jest oszustwem, żywiona zaś przez doktorantów wiara, że gdy doktorat zrobią, praca się dla nich znajdzie, dowodzi głębokiej naiwności.

    Do czego zatem RZECZYWIŚCIE potrzebny jest doktorant? Doktoranci to pół-darmowa siła robocza służąca do realizacji grantów, prowadzenia zajęć dydaktycznych (przynajmniej niektórych) oraz prac administracyjnych. Doktoranci są dla uczelni wielokrotnie tańsi, niż asystenci z tytułem magistra, wykonujący takie same prace, ale zatrudnieni na zasadach ogólnych. Poza tym doktoranci są swoim promotorom potrzebni do pokonywania kolejnych szczebli awansu zawodowego, a w warunkach polskich są także potrzebni instytucjom do zwiększania ministerialnej dotacji i punktów do parametryzacji. I tyle.

    Przy czym nie należy się dziwić, że tak jest – sami żeśmy tego chcieli, my, środowisko naukowe, a także nasze władze ministerialne, z którymi wyjątkowo się w tym punkcie zgadzamy. Chcieliśmy mianowicie, żeby w Polsce było jak w Najlepszym z Naukowych Światów, czyli w Ameryce. A tam pozycja doktoranta jest (relatywnie) chyba jeszcze gorsza, niż w Polsce, a nadprodukcja doktorów jeszcze większa. A myśmy zaimplementowali wszelkie mechanizmy amerykańskiej organizacji nauki, ale bez amerykańskiego finansowania, dokładając za to naszą własną etatystyczno-biurokratyczną kontrolę.

    Ja się w tej sytuacji dziwię, że ktoś się dziwi stanowi polskiej nauki.

    Dlaczego zatem ludzie w ogóle decydują się na studia doktoranckie? Cóż, część osób naprawdę chce zajmować się nauką i jest gotowych wiele temu poświęcić. Inni wybierają tę drogę z nieświadomości; ci zazwyczaj odpadają (nie więcej niż 50%, niektórzy szacują, że tylko 20%, doktorantów zostaje w końcu doktorami). Jeszcze inni z różnych przypadkowych powodów. Problem stanowią ci ludzie z pierwszej grupy, którzy doktoraty robią, ale później nie mają warunków, żeby pracować naukowo. Tych jest mi serdecznie żal, ale gruntownie – gruntownie! – musiałby zmienić się system organizacji i finansowania nauki, aby ich los mógł się poprawić.

    Ja w każdym razie przed studiami doktoranckimi przestrzegam: http://pfg.blox.pl/2010/05/Po-co-doktorat.html

    1. Dziękuję za wartościowe uwagi (i link do własnego stanowiska, z którym w licznych miejscach się zgadzam).

      Choć zabrzmi to paradoksalnie – zgadzam się z Pańskim pierwszym zdaniem. Pierwszy wpis mówił o tym, jak jest dzisiaj. Drugi prezentuje moją wizję. I tak, jest to „bujanie w obłokach”. Pewnie jest w tym sporo naiwności. Ale wierzę, że takie rozwiązania podniosłyby znacząco poziom naukowy absolwentów studiów doktoranckich. Bez względu na to czy kontynuować będą karierę w instytutach naukowych na uczelniach czy w tych komercyjnych to potrzebujemy więcej solidnej kadry naukowej.

      Komentarza o fascynacji modelem amerykańskim nie napisałbym lepiej. Szkoda, że większość osób chcących robić w Polsce Amerykę nie zna realiów amerykańskiej nauki. I patologii, które są tam również obecne.

  6. Bardzo dobre i cenne uwagi. Skończyłam właśnie doktorat (nauki humanistyczne) w Wielkiej Brytanii i ze swojej strony mogę dodać, że tutejszy system, w dużej mierze przypominający ten, którego wprowadzenie postulowałby Pan w Polsce, sprawdza się znakomicie. Największą różnicą jest to, że stypendium doktoranckie przyznawane jest z góry na trzy lata na podstawie konkursu, w ramach którego ocenia się projekty badawcze przyszłych doktorantów (każdy ubiegający się o przyjęcie na studia doktoranckie musi taki projekt złożyć). Od samego początku więc doktorant pracuje nad bardzo konkretnym projektem, a z postępów rozliczany jest na bieżąco przez promotora. Nie ma przymusu publikacji, udziału w konferencjach, ani prowadzenia zajęć na wydziale. Najważniejsze jest napisanie dobrej pracy – cała reszta jest drugorzędna. W moim przypadku ten system sprawdził się świetnie: pracę napisałam i obroniłam w 3,5 roku. Po drodze brałam udział w różnych warsztatach i konferencjach i prowadziłam zajęcia dydaktyczne, ale promotorka zawsze czuwała, żeby nie odbiło się to negatywnie na pisaniu pracy i w kluczowych momentach przypominała, że to praca zawsze powinna być moim priorytetem.

    1. I takie rozwiązania sprawdziłyby się – moim zdaniem – również w Polsce. Wielka Brytania to świetny przykład (sam mam znajomych robiących doktoraty na tamtejszych uczelniach). Choć sam inspirowałem się bardziej modelem skandynawskim, a zwłaszcza rozwiązaniami szwedzkimi.

  7. Dzień dobry, Panie Patryku:) Ze wszystkich sił popieram przedstawione postulaty i z nieskrywaną chęcią podjąłbym się pomocy w rozpropagowaniu tej słusznej idei. Mam jednak wątpliwość, co zrobić z tzw. „samodzielnymi” pracownikami nauki mieniącymi się (bądź będącymi już) promotorami rozpraw doktorskich, którzy mają szczątkowy (w porównaniu ze stażem pracy) dorobek, co najmniej dyskusyjne kompetencje społeczne (a nawet zawodowe), a posiadają olbrzymie wpływy polityczne na uczelniach czy w instytutach i którzy jedynie marzą, by przypiąć sobie kolejny order do piersi? Zwiększenie ich uprawnień usankcjonuje system patriarchalny i feudalny panujący powszechnie. Tych, niestety, są całe tabuny w polskiej akademii…

    1. Dziękuję za wsparcie!

      Oczywiście, jest ryzyko. Ale może właśnie wzrost oczekiwań od promotora spowodowałby, że sukcesy odnosiliby ci doświadczeni badacze, którzy mają i autorytet naukowy, i potrafią pracować z doktorantami. Z własnego doświadczenia wiem, że mając dobrego promotora można osiągnąć dużo więcej.

  8. ciekawa i w miarę spójna koncepcja, ale….. zdecydowanie nie do zrealizowania w obecnym, „zreformowanym” systemie nauki i szkolnictwa wyższego; Pan proponuje koncepcję doktoranta jako wstępnego etapu kariery naukowej, a my mamy doktoranta jako studenta trzeciego etapu studiów wyższych; niezgodności pańskiej koncepcji z aktualnymi realiami jest sporo; mam taką propozycję – nie dyskutujmy o możliwościach poprawy poszczególnych składników systemu, lecz całego systemu – dwa przykłady w odpowiedzi na pytanie – dlaczego? – 1. bez stosunkowo licznych doktoratów nie będzie profesur belwederskich (wymóg prawny), 2. bez studiów doktoranckich niejeden instytut będzie miał manko w kasie na dydaktykę (zasady naliczania dotacji); itp itd, jeżeli chcemy poprawić sytuację doktorantów (i każdego innego składnika systemu nauki i szkolnictwa wyższego) zmienić trzeba cały system

    1. Panie Zbigniewie, zgadzam się, że cały system wymaga reformy. Pozwoliłem sobie przekazać pomysły na zmiany w sferze, o której mam wystarczającą wiedzę do sformułowania wniosków. Z całego serca będę wspierał pomysły innych, którzy odniosą się do innych tematów: habilitacji i profesury, finansowania jednostek czy naboru na studia.

      Jeszcze jako student protestowałem przeciwko Systemowi Bolońskiemu. I wciąż jestem mu przeciwny. Ale… Szwecja też jest członkiem UE, Dania też jest członkiem UE – a w tych państwach system studiów doktoranckich jest bliższy mojej wizji niż naszej, polskiej rzeczywistości.

      Dziękuję za ważny głos w dyskusji!

      1. Również się zgadzam, jak naprawiać, to tylko całość. Inaczej zawsze będzie klapa i jak jeden element systemu się poprawi, to ucierpi na tym inny. Prosta zasada znana z nauk o organizacji i zarządzaniu 🙂 prosta, ale jakże trudna w realizacji…

  9. Z wieloma punktami z przyjemnością się muszę zgodzić jednak na przykład konieczność oceny 2+2 w niektórych naukach i owszem było by to jak najbardziej skuteczne w niektórych cykl artykułów jest skutkiem kilkuletniej pracy i po 2 latach poza morzem danych nie za bardzo jeszcze coś jest. Inna sprawa sam jestem chemikiem i znam mnóstwo przypadków (w tym i swój) (nie tylko z Polski ale również ze Szwecji i Słowacji) gdzie badania nie idą tak jak zaplanowano bo poprostu coś nie wychodzi i się przeciąga cały cykl badań i trzeba zmieniać koncepcje i 4 lata w takim przypadku są marzeniem.

    1. I właśnie z tego powodu pisałem o propozycjach, a nie o gotowym planie. To pomysły. Pomysły, które trzeba doskonalić.

      Precyzując, nie chodziło mi o ocenę na podstawie publikacji, lecz o ocenę realizacji badań. Tak, jak pisałem: są sytuacje, które wydłużają badania, na które nie mamy wpływu. I w takich sytuacja powinno się wydłużać czas trwania studiów. Jak wszyscy wiemy, często praca badawcza jest nieprzewidywalna.

      Dziękuję za cenny komentarz.

  10. Z niektórymi punktami się zgadzam – szczególnie z tymi o ciułaniu punktów (choć obawiam się, że przy globalnym systemie nauki byłoby to ciężkie) i lepszymi dofinansowaniami. Jednak ograniczenie liczby doktorantów mnie uwiera. Z mojego doświadczenia wynika, że nie wszyscy doktoranci wybierają się na studia, by być naukowcami akademickimi – są ludzie, którzy robią to, by podnieść kwalifikacje w pracy (garstka, ale są dziedziny gdzie doktorat się przydaje lub jest wręcz konieczny by pójść określoną ścieżką zawodową) lub czysto hobbystycznie. Tacy nie potrzebują gigantycznych dofinansowań – swoje badania robią w ramach pracy zawodowej lub w wolnym czasie. I nie sądzę, że powinniśmy studia doktoranckie na takie osoby zamykać – wprowadzają one inne perspektywy, pozwalają przewietrzyć nieco duszną atmosferę akademii, która lubi się kisić we własnym sosie. Jest też kwestia tego, że mimo lawinowego wzrostu doktorantów, liczba nadań stopnia doktora nie zmienia się od ćwierćwiecza – sporo osób się wykrusza nie tylko dlatego, że nie są w stanie godzić pracy naukowej z utrzymaniem się, ale także z powodów losowych lub dlatego, że traktują studia doktoranckie jako swoiste przeczekanie; tu wkracza szerszy kontekst dewaluacji studiów wyższych i trudności młodych w wejście na rynek pracy. Słowem, bez zmian wszystkiego co dotyka młodych ludzi, nie poprawimy kondycji studiów III stopnia. System stypendiów i grantów natomiast musiałby być natomiast bardzo skupiony na jednostkach, by wyławiać tych, którzy rzeczywiście chcą pracować naukowo-dydaktycznie, i im oferować niezbędny komfort pracy, nie patrząc na punkty. Nie powinno się jednak izolować młodych badaczy od działań wydziału czy uczelni – to oni mają szansę zaoferować nowe pomysły, strategie i wnieść swoją energię w pracę swoich jednostek.
    Osobną sprawą jest problem z pracą dla młodych badaczy. Etat to w tej chwili praktycznie ułuda lub efekt sprawnie napisanego grantu, co stanowi problem dla dwóch stron – młodych, bo poruszają się po mocno przesyconym rynku i władz uczelni, które niejednokrotnie nie mają funduszy na zatrudnianie młodszej, bardziej energicznej kadry, zmuszone są bowiem utrzymywać starszych pracowników niezbędnych do rozlicznych minimów i innych parametrów. Tutaj brakuje mi efektywnej polityki Ministerstwa wspierającej uczelnie w zatrudnianiu młodych badaczy. Nie mam szczególnego pomysłu, jaka miałaby to być polityka – dofinansowania do wynagrodzenia to pierwsze co mi przychodzi do głowy, ew. zwiększenie nakładów na naukę (marzenia ściętej głowy).
    Co do programów studiów doktoranckich – są takie, które oferują wymienione przez Pana moduły czy przedmioty i są realizowane w postulowanych tu comiesięcznych zjazdach (wstawiłabym tu nazwę mojej uczelni, ale nie wypada). Dodam jeszcze, że zajęcia z „prowadzenia zajęć” mamy na pierwszym roku i dopiero po ich zaliczeniu możemy sami prowadzić kursy w ramach stypendium dydaktycznego – moim zdaniem rozsądne rozwiązanie. Usystematyzowanie programu odgórnie jest ciekawą inicjatywą, choć ogólnie obawiam się prób standardyzacji studiów wyższych, jakie można w ostatnich latach zauważyć – wszystko powinno być jednakowe, bo wtedy łatwiej sparametryzować, oceniać itd.
    To takie uwagi na gorąco od osoby, która obserwuje polską akademię niejako z dwóch stron, doktorantki mimo wszystko marzącej o karierze naukowej i pracownicy administracji uczelni 🙂

    1. Odniosę się tylko do jednej kwestii: moim zdaniem, dla osób, które robią doktorat dla zaspokojenia własnych zainteresowań czy w ramach rozwoju na swoim (poza-akademickim) stanowiskiem pracy idealnym rozwiązaniem są studia niestacjonarne. I ich rozwój także należy wspierać.

      Bardzo dziękuję za cenne uwagi. Właśnie takich dyskusji potrzebujemy. Właśnie dla takich komentarzy podzieliłem się swoimi pomysłami.

      1. 1. Będzie Pan tworzył studia niestacjonarne dla 1 kandydata na 2 lata?
        2. Studia niestacjonarne, o ile mi wiadomo, są płatne… Z drugiej strony procedura dla osoby spoza systemu też jest dość kosztowna i dla wielu osób stanowi rzeczywistą barierę.

      2. 1. Studia niestacjonarne (z racji odpłatności) są już kwestią, którą regulować powinny same uczelnie, bez zbędnej ingerencji państwa.
        2. Mogę tylko potwierdzić.

  11. Powoluje sie Pan w dyskusji na model szwedzki, zatem pare slow o tym. W Szwecji obecnie odchodzi sie od modelu grantowego doktoratu (z punktu widzenia doktoranta) poniewaz prowadzil on do braku stabilizacji finansowej doktoranta. Zwiazki zawodowe doktorantow postuluja bardzo mocno (i wiekszosc uczelni mocno idzie w ta strone) ze od pierwszego dnia doktoratu doktorant jest pelnoprawnym pracownikiem uczelni z pensja (a nie stypendium). Oznacza to ze obowiazkiem uczelni jest zapewnic doktorantowi finansownie pensji oraz badan. Grant (uzyskany przez kogos z uczelni a nie doktoranta) jest tylko jedna z mozliwosci finansowania pensji oraz badan. Dodatkowo doktoranci sa zachecani, a wiekszosci przypadkow jest to punkt w umowie o prace do prowadzenia zajec dydaktycznych.

  12. Rewelacyjny tekst. Zgadzam się niemalże ze wszystkim.

    W zasadzie to postulowałabym zlikwidowanie studiów doktoranckich i zrobienie tego, co funkcjonowało kilkadziesiąt lat temu, w czasach, gdy mój Dziadek był młodym pracownikiem nauki. Otóż, najlepsi studenci pod koniec studiów „wyłapywani” byli przez samodzielnych pracowników. Szybko zyskiwali status asystentów. Była ich garstka, za to najlepsi. Nie bawili się w żadne chore rankingi, punkty, nie ciułali na stypendia, które są żenująco niskie. Przez kilka lat rośni pod okiem swoich promotorów, doskonalili warsztat badawczy, mieli indywidualne nauczanie. Moim zdaniem to świetna sprawa.

    Ja z tzw. „studiów doktoranckich” nie wyniosłam NIC. Kilka niepotrzebnych przedmiotów na papierze. Całą pracę wykonuję przez lata ze swoim promotorem, to ON jest moim guru. Fakt, ze teraz ze świecą szukać takich promotorów, którzy rzeczywiście podłapią pomysły doktoranta i nauczą go, co znaczy tak naprawdę uprawianie nauki. Niby jestem tym „szczęśliwcem”, który załapuje się na stypendia, ale…. co z tego? Trudno o grant, a co za tym idzie – rzetelne badania. Nie zliczę ilości tragicznych konferencji i publikacji „sztuka dla sztuki” (choć sama starałam się, żeby każdy artykuł był na najwyższym poziomie).

    Po kilku latach z przykrością stwierdzam, ze poza w miarę niezłymi stypendiami, status doktoranta odpowiada mi, bo mam zniżki na mpk i pkp…. ot, smutna refleksja 🙂 byle się szybko obronić i iść dalej! 🙂 i tym optymistycznym akcentem kończę wywód 🙂

    Aga z Krakowa

  13. Kto każe doktorantom zbierać punkciki? Minister, czy może lokalne zasady oceny doktorantów, zwłaszcza na potrzeby rankingów stypendialnych? Doktoranci nie zbierają punktów do doktoratu (mam nadzieję!!!), tylko do stypendium.

    Jeśli chodzi o koszty doktoratu, to już w tej chwili państwo płaci za ich edukację krocie i gdyby te kwoty ująć w pana planie, nie trzeba by jakichś wielkich dodatkowych nakładów. W tej chwili stypendium podstawowe plus projakościowe na mojej uczelni to 2200 zł. Doktoranci zwykle nie mają grantów, ale jeżdżą na konferencje ze specjalnie wydzielonej pozycji budżetu wydziału („kształcenie młodych kadr naukowych”), zgodnie z wytycznymi ministerstwa. Badania robią na wydziałowym sprzęcie i odczynnikach, zajmują wydziałowe pomieszczenia, korzystają z uniwersyteckiej biblioteki, administracji wydziałowej i ogólnej, palą wydziałowe światło i sprzątają po nich wydziałowe sprzątaczki. Koszt wykształcenia doktora już teraz jest ogromny, tyle że te koszta są rozrzucone po wielu miejscach, a przez to ukryte.

    Na studia doktoranckie przyjmujemy KAŻDEGO, bo (a) brak chętnych na trudne studia (nauki ścisłe) (b) studia doktoranckie nam więdną, wręcz grozi ich rozwiązanie (c) trzeba się czymś wykazać przed rektorem (wydział jest na potężnym minusie, ale przynajmniej błyszczy poziomem naukowym) (d) dotacja ministerialna na doktoranta równa jest 5 dotacjom na studenta (ale trzeba z niej uzbierać na stypendia), więc finansowo krzywdy nie mamy (ale też na jakimś plusie nie jesteśmy, bo stypendia dajemy wszystkim). (e) kadra potrzebuje zajęć dydaktycznych (f) bez doktorantów w perspektywie kilku lat wydział będzie się nadawał do likwidacji (g) więcej doktorantów to więcej stypendiów projakościowych dla naprawdę zmotywowanych studentów (sic!)

    Reasumując, w obecnej sytuacji nikt nie jest zmotywowany do tego, by środki na kształcenie doktorantów wydawać racjonalnie, koncentrując je na naprawdę najlepszych. Wydaje się środki publiczne czyli niczyje, przy czym co roku przybywa regulacji odnośnie sposobu wydawania tych środków, co jest drogą donikąd, bo W-wa wszystkich dziur nigdy nie dostrzeże Nikomu nie zależy na terminowej realizacji studiów doktoranckich, zwłaszcza że jest blokada etatów i przedłużone studia doktoranckie pełnią rolę przechowalni, bufora. Na Zachodzie, czy nie w Holandii, w przypadku przekroczenia terminu zakończenia studiów = projektów badawczych, wszelkie zobowiązania finansowe przejmuje wydział (czyli to wydział płaci stypendia/wynagrodzenia projektowe etc.) i to motywuje kadrę do terminowej realizacji programu. Jeśli gdzieś coś trzeba zmienić, to właśnie w tym kierunku, by zracjonalizować wydatki.

  14. Zgadzam się z postulatami autora, wyjątkiem jest tu tylko wymagana liczba publikacji. W ogóle nie powinno być to wymagane, chociażby ze względu na to, że kto ma patenty, ten nie ma publikacji.
    Poza tym są zagadnienia zero-jedynkowe – wiemy, że taki i taki materiał będzie dobry, tylko trzeba go zsyntetyzować prostą i tanią metodą. I próbujesz różnymi metodami – wychodzi albo nie. Masz wynik albo nie – 0 – 1. Pracujesz ciężko dwa lata i dopiero po dwóch latach wychodzi. Nie ma jeszcze co publikować, ciężka praca jednak była.
    I są też zagadnienia innej natury – bierzesz związek i badasz, opisujesz bez względu na to, co ci wyjdzie – bo zbadałeś TEN związek i on ma TAKIE właściwości i warto, by wszyscy o tym wiedzieli.

    Likwidacja kierownika studiów doktoranckich? Zastanowiłabym się. Nasz kierownik, kiedy zaczynaliśmy (parę lat temu; przy okazji – jeden z niewielu profesorów starej daty, naprawdę z klasą – szkoda, że nie ma takich więcej), opowiadał nam m.in. o sytuacji konfliktu doktoranta z promotorem – że się nie dało w tym tandemie pracować już i tyle. I on wtedy mediował, delikwent promotora zmienił, doktorat zrobił i obronił, do wtedy (gdy KSD nam opowiadał) pracował na naszym Wydziale, chyba nawet jest habilitowany. A gdyby KSD nie było?

    I tak masz rację, koniecznie trzeba zostawić „furtkę” na sytuacje losowe. Panie – doktorantki rodzą dzieci – np. w chemii ciąża niemal w 100% wyklucza pracę w laboratorium; ktoś choruje niespodziewanie, poważnie, długo, albo ulega wypadkowi; i wreszcie, niemniej ważne – ocena promotorów. Nie każdy potrafi nim być, nie każdy może, niektórym przydałyby się jakieś kursy nt. zarządzania zespołem, ludźmi, swoimi podwładnymi. Doktorant bez wsparcia promotora jest nikim, wiecznie czeka na badania, które musi zlecić, na syntezy, które ktoś ma dla niego zrobić (nie wszystko da się zrobić samemu)… bo promotor się nie zajmuje. I wtedy też 4 lata mogą nie wystarczyć, gdy np. po 1,5 roku naiwnego czekania i dobijania się do promotora trzeba będzie go zmienić, co często wiąże się z rozpoczęciem pracy od zera absolutnego.

  15. Generalnie pomysły dobre autora, ale tak jak jeden z przedmowcow stwierdzil, zmieniac to trzeba caly system, a nie tylko sam system edukacji doktorantow. Ja duzo poswiecilem zeby skonczyc doktorat, i dalej poswiecam, bo uczelnia nie zapewni nawet afiliacji, o pensje nie smialbym prosic nawet. Wiec pomimo, ze przez lata ksztaltowalem swoj warsztat naukowca za publiczne pieniadze i zewnetrzne finansowanie nie bede w stanie mogl kontynuowac w jakikolwiek sposob swoich prac i ksztalcic kolejnych pokolen. Latwiej jest wziac kolejnych doktorantow, na ktorych nie ma finansowania na badania, ale jest na same stypendium, wiec lepiej ich finansowac i miec ich jako wolontariuszy. Pomimo, ze otrzymuja finansowanie publiczne, to i tak ono pochodzi z MNiSW, a nie z kasy uczelni, wiec dla samej uczelni sa wolontariuszami. Prawda jest, ze z kazdego systemu edukacji naukowej moglibysmy wziac jakis element , ktory w warunkach naszej nauki sprawdzilby sie, aby w ciagu kilku lat wypracowac swoj wlasny system, ktory bedzie w pelni sprawny na naszym gruncie. Obecnie NCN zmienil zasady finansowania w stosunku do tego co bylo wczesniej. Zmiany sa potrzebne, ale w obecnej chwili, doktorant, ktory albo juz konczy doktorat ma jakiekolwiek szanse na finansowanie, bo juz posiada znaczacy dorobek w swojje dyscypliny albo doktorant zaczynajac swoja prace naukowa pod skrzydlami wybitnej jednostki. Moim zdaniem obydwa przypadki powinny miec mozliwosc finansowania, ale co z osobami, ktore zaczynaja. One sie juz nie beda liczyc, bo tylko doktoranci pod okiem wybitnych mentorow. Niby tak, ale nie w obecnym systemie, poniewaz faworyzujemy jedna grupe, a nie szeroko rozumiany rozwoj mlodych, gniewnych, pomyslowych doktorantow. Wiec jak na poczatku wspomnialem, niezbedna jest zmiana calego systemu. Moja mysla koncowa jest czy w ogole jest mozliwa taka zmiana i czy ona w ogole bedzie miala kiedys miejscu? Bo ja patrzac z perspektywy czasu, to predzej moja jednostka przestaje istniec niz wprowadzi jakiekolwiek zmiany prowadzace do lepszej jakosci i samych badan i samego nauczenia czy studentow czy doktorantow..

  16. Z mojego punktu widzenia wszystko wygląda zupełnie inaczej.
    Po pierwsze – gdzie Ci szczęśliwcy co mają 38 tys rocznie? Ja na pierwszym roku miałam 18 i wszyscy byli w szoku, że u mnie na uczelni jest tak dobrze. Większość nie ma nic, przynajmniej na pierwszym roku a o stypendium mogą się starać od drugiego roku. Na drugim roku stypendium nie dostają, bo na osiągnięcia zabrakło czasu – przecież trzeba było godzić doktorat z pracą.
    Jednak w moim wypadku te 18 to było wynagrodzenie. Uczelnia zapewnia mi dostęp do wielu baz, programów itp., konferencje mogą być finansowane ze środków uczelni lub grantu. Badania są finansowane z grantu.
    Dydaktyka – duża część doktorantów realizuje jedynie 10 godzin dydaktycznych, nie jest to duże obciążenie. U mnie jest 90 – jednak na pierwszym roku przez cały semestr asystowałam na zajęciach a dopiero później sama prowadziłam, dzięki czemu czułam się dobrze przygotowana.
    Kolejna rzeczy – grant dla doktoranta – pomysł nie dla każdego. Zmusza do sytuacji pisania własnego małego grantu, zamiast do pracy nad doktoratem w ramach dużego grantu międzynarodowego czy krajowego. A dużo osób w ten sposób właśnie pracuje, jest to korzystne szczególnie kiedy promotor również uczestniczy w grancie. Zapobiega to powstawaniu, wspomnianych przez Pana małych bezsensownych badań.
    Kolejna kwestia publikacje – oczywiście że po 1 roku można napisać dobrą publikację, osoba która przez cały rok (a najczęściej jeszcze przed rozpoczęciem studiów) zgłębiała wiedzę w danej wąskiej dziedzinie jest w stanie napisać dobrą przeglądówkę, na publikacje badań rzeczywiście czas będzie później. Oczywiście, publikacje są punktowane. Jednak ilość uzyskanych punktów za 50 marnych publikacji będzie niższa niż ilość punktów za 1 publikację w prestiżowym piśmie. Czy pisanie artykułów sprawia że nie mam czasu na pisanie doktoratu? Przecież te artykuły są moim doktoratem. W tej chwili praca doktorska może przyjąć formę kilku zbieżnych tematycznie publikacji – dzięki temu mogę szybko publikować moje wyniki, a nie po 4 latach jak są już przedawnione.
    Konferencje – w trakcie studiów licencjackich i magisterskich byłam biernym uczestnikiem wielu konferencji. Nie miałam poczucia zmarnowanego czasu, większość wystąpień była ciekawa, pomogła mi często zwrócić uwagę na ważne kwestie i zainteresować się nimi bliżej. Oczywiście bywały gorsze wystąpienia, jednak każda konferencja wiele mnie nauczyła i pozwoliła też na cenną wymianę poglądów z innymi uczestnikami. A może w mojej dziedzinie jakość konferencji jest wyższa?

  17. Panie Patryku, muszę przyznać, że to niezwykle ciekawy i inspirujący artykuł. Chciałbym Pana zarazem zapytać, czy uważa Pan, że w obliczu kryzysu polskiego szkolnictwa wyższego jak i niżu demograficznego, nadal właściwą rzeczą jest odbywanie dziennych studiów doktoranckich?

    Jakie jest Pana zdanie o zaocznych studiach doktoranckich albo o pisaniu doktoratu z wolnej stopy? Właśnie zastanawiam się, czy nie lepsze byłoby podjęcie pracy i pisanie doktoratu z wolnej stopy?

    1. Tak. W kontekście nauki i studiów doktoranckich pracuję nad dwoma tekstami – jeden zawierać będzie wskazówki dla doktorantów, oparte na własnym doświadczeniu; drugi dotyczyć będzie tego, czy Polsce potrzebne jest w ogóle środowisko naukowe.

      1. Dziękuję za odpowiedź. Czy będą umieszczone na tym blogu? Pozdrawiam.

      2. Taki jest właśnie plan. Nie obiecuję, kiedy zostaną opublikowane. Ale mogę obiecać, że postaram się, żeby pojawiły się jak najszybciej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s