Zacznę pesymistycznie: polska nauka przestaje istnieć. Powoli. Na naszych oczach.

Niszczy ją długotrwałe ignorowanie tego, że coś jest nie tak. I udawanie, że ładna peruka jest lepsza od zdrowych włosów. Nie jest… Każdy kolejny rząd patrzy na ten stan z całkowitą obojętnością. Przecież naukowcy nie są górnikami. Nie potrafią się zjednoczyć, nie strajkują, nie palą opon, nie rzucają kamieniami, nie straszą władzy. Milczą… Naukowcy nie są też lekarzami. Nie tworzą porozumień, nie protestują, nie zamykają swoich gabinetów, nie paraliżują funkcjonowania państwa. Milczą… Czasem cichutko wspomną o tym, co ich martwi. Ale głównie milczą… A milczenie uporczywie nie staje się złotem.

Częściowo wynika to z kondycji samego środowiska. Z ciężkich chorób polskiej akademii: kolesiostwa, nepotyzmu, zazdrości, lenistwa i pychy. Częściowo wynika to z błędów systemu, który oparty został na bezwzględnej dyktaturze pieczątki. Powoli zabijają one polską naukę. Na naszych oczach.

Jednak, jest jeszcze trzeci aspekt. Wydaje mi się, że polskie społeczeństwo najbardziej ze wszystkich nienawidzi własnych elit. Tragiczną konsekwencją transformacji jest przekształcenie socjalistycznej idei równości wszystkich ludzi w nienawiść ogółu wobec każdego, kto choć trochę odstaje od przeciętnej. I tak – przedsiębiorcy to złodzieje, artyści to zboczeńcy, a naukowcy to idioci. I jeśli na naszych oczach umiera polska nauka – to dobrze. Tak! Dobrze im, zarozumiałym pseudo-inteligentom, łże-elitom, nierobom i pasożytom, wyzyskiwaczom i nieudacznikom. Precz! Won! Swoją naukę niech robią gdzieś indziej. W Polsce nie ma miejsca na bezproduktywne zajęcia. Nie ma miejsca na myślenie.

W uproszczeniu wygląda to tak: chcesz skręcać telewizory – dobrze, chcesz badać, jak telewizja oddziałuje na zachowania człowieka – źle. Chcesz układać bruk – dobrze, chcesz pisać wiersze – źle. Chcesz pracować w korporacji – dobrze, chcesz stworzyć nowe miejsca pracy – źle. Chcesz się wyróżnić – bardzo, bardzo źle! To nie czas i miejsce, aby się wyróżniać. Won! Precz! Idź wyróżniać się gdzieś indziej, dewiancie. To kraj uczciwych ludzi. Za prezydenta wystarczy nam elektryk…

…spięcie. Zgasło światło…

***

Ostatnio dostrzegłem nowy trend w ogólnospołecznej nienawiści do elit. Niezwykle popularnym stało się pisanie (i mówienie), że doktorat to bezsens. A doktorant to dureń i złodziej. Leniwy wyłudzacz, który ucieka przed pewnym bezrobociem. Poczułem się zaniepokojony.

Nie martwi mnie to, że głos ogólnospołecznej nienawiści do elit podważa sens ostatnich czterech lat mojego życia. Szczerze mówiąc, jest mi to obojętne. Nie szukam poklepywania po plecach. Jako młody naukowiec czuję się doceniony. Widzę efekty swojej pracy. Nie jestem rozżalony. Nie jestem sfrustrowany. Nie mam pretensji do całego świata, że nie dostrzega mojej perspektywy. Nie doświadczam głodu. Jestem zadowolony z życia i z pracy. Nawet bardzo. Niepokoi mnie fakt, że tak łatwo przychodzi ludziom uznawanie, że praca naukowca, zwłaszcza młodego naukowca, jest – z nieznanego mi powodu – prostsza i przyjemniejsza niż inne zawody. Nie jest…

Chciałbym, aby piszący (i mówiący), że doktorat to bezsens, a doktorant to leniwy dureń, zastanowili się nad jednym – czy uznaliby za łatwą i przyjemną posadę, w której pracodawca na samym początku i mówi: „Masz rok na osiągnięcie rezultatów, ale nie powiem Ci ani jakich rezultatów oczekuję, ani czym masz się zajmować. Jeśli jesteś taki zdolny to sobie sam poradzisz”. Łatwo? Przyjemnie? Zgasło światło…

***

Mały eksperyment myślowy. Zamienię doktoranta na – powiedzmy – młodego pracownika budowlanego. Tuż po szkole, która (z założenia) miała uczynić go zdolnym do wykonywania swojego zawodu. Warunki pozostawię bez zmian.

Zaczynajmy!

Przykład pierwszy. Wyobraźmy sobie, że przyszłość zawodowa naszego wymyślonego młodego pracownika budowlanego zależy od jakości wykonywanych przez niego remontów. Brzmi sensownie, prawda? Ale… wyobraźmy sobie, że nie dostaje on od swojego pracodawcy ani sprzętu, ani materiałów, ani funduszy, ani listy zleceń. Słyszy: „Jeśli jesteś taki zdolny to sobie sam poradzisz”. Może zainwestować własne środki i liczyć, że jego warsztat zostanie (kiedyś) doceniony. [A jeśli nie ma czego zainwestować? Trudno. Jego problem]. Może próbować wykonać remont jak najmniejszym kosztem, tym samym ryzykując słabą ocenę swojej pracy. Może też zrezygnować… Co wybrałby nasz bohater?

Przykład drugi. Przyjmijmy, że nasz wymyślony młody pracownik budowlany ma szczęście. Od pierwszego roku pracy dostaje wynagrodzenie. Powiedzmy, trzy tysiące złotych. Netto. Plus ubezpieczenie zdrowotne. Nieźle, prawda? Ale… nie wystarcza ono, żeby zarówno żyć na rozsądnym poziomie, kupić niezbędne narzędzia, finansować prowadzone remonty, jak i – od czasu do czasu – zamówić fachową literaturę lub pojechać na międzynarodowe targi budowlane. Nasz bohater musi wybierać: Wynająć mieszkanie? Kupić nowe pędzle i wałki? Kupić nowy strój roboczy? Poprawić swój warsztat zawodowy? Ułożyć nowe panele czy te znalezione na śmietniku? Na wszystko nie wystarczy.

Każdy człowiek ma swoje potrzeby. Każdy! Mniejsze. Większe. Ale ma. A tu pracodawca oczekuje i odpowiedniego wyglądu, i ciągłego doskonalenia się, i efektów pracy, i najnowszego sprzętu, i zadowolonych klientów. I jeszcze najlepiej międzynarodowych wyróżnień… Pozostaje wybór: albo zaspokoić swoje potrzeby, albo zaspokoić oczekiwania pracodawcy… Co zrobiłby nasz bohater?

Przykład trzeci. Jednak nasz wymyślony młody pracownik budowlany nie ma żadnej gwarancji, że w kolejnym roku też dostanie wynagrodzenie. Co więcej, nie ma informacji, co musi zrobić, żeby takie wynagrodzenie dostać. Pracodawca nie powie mu, że jeśli zrobi pięć dobrych remontów to ma pewny kontrakt. O nie! Może wystarczą trzy dobre remonty, może osiem dobrych remontów. Może jedno duże zlecenie. A może jednak lepiej będzie zrobić dziesięć czy trzydzieści fuszerek? Równie dobrze może dowiedzieć się, że w tym roku nie liczy się jakość remontów, ale liczba metrów kwadratowych ułożonego parkietu. Zupełny brak stabilności.

I nieodłączne pytanie: jakość pracy czy ilość wykonanych zadań. Wysoka jakość? Hazard. Ruletka. Wygrasz – zgarniasz wszystko, przegrasz – zostajesz z niczym. Ilość? Bezpieczniejsza. Wspaniały remont może zabrać cały rok, a zawsze znajdzie się ktoś, kto przymknie oko, że ściana jest krzywa, panele nierówno przycięte, a kafelki popękane. W końcu, wysoko oceniony remont to dwadzieścia punktów, a nieoceniany przez nikogo to cztery punkty… Wszystko i tak sprowadzi się do tabeli z wynikami rocznymi, ocenianej przez – nomen omen – kierownika prac budowlanych.

Przykład czwarty. Nasz wymyślony młody pracownik budowlany ma jednak kawał szczęścia. Naprawdę. I do tego jest dobry w swoim fachu. Dostaje zewnętrzne finansowanie poważnego remontu z Narodowego Centrum Remontów. Wyprzedza setki innych kandydatów. Starsi koledzy klepią go po ramieniu, za plecami życząc mu najgorszego. [A niech mu wiertło pęknie].

Jednak jego pracodawca domaga się, żeby jedna piąta (a jeszcze niedawno niemal jedna trzecia) wartości całego remontu trafiła na jego konto. Powszechnie obowiązujący haracz. W zamian za całkiem pokaźną sumę nasz bohater dostaje niepowtarzalną szansę uzyskiwania wszystkich koniecznych pieczątek, by zamówić gips, farbę, tapetę, kombinezon czy pędzle. Sama przyjemność: dostaje wsparcie finansowe, z którego nie może korzystać, jeżeli nie dostarczy administracji wniosku z odpowiednią liczbą podpisów i pieczątek.

Trzeba było się wyróżniać? Nasi wschodni sąsiedzi mawiają: ciszej jedziesz, dalej będziesz

Przykład piąty. Nasz wymyślony młody pracownik budowlany może nie mieć szczęścia. I tak bywa. Nie ma wynagrodzenia, nie ma zewnętrznego finansowania. Ma swoje potrzeby, ma oczekiwania pracodawcy. Impas. Do tego jeszcze pracodawca może nakazać mu odpracować – mniej więcej – cztery 40-godzinne tygodnie pracy w ramach bezpłatnych praktyk.

Może poczuć się jak chłop pańszczyźniany. Nasi amerykańscy sojusznicy powiedzieliby: role-playing. Choć, nawet nie. Nasz wymyślony bohater – choć nie ma doświadczenia w montażu instalacji kanalizacyjnej – może zostać przydzielony do takiego zadania. I klient ma być zachwycony! A że nie ma doświadczenia? Trudno. Nauczy się. Samodzielnie. Skoro jest taki zdolny. Na koniec usłyszy, że praca bez wynagrodzenia była gestem dobrej woli pracodawcy. Gestem dobrej woli…

Pytanie: czy wymyślony młody pracownik budowlany ma stworzone sprzyjające rozwojowi i innowacji środowisko pracy?

Zgasło światło…

***

Musiałem to napisać. Naprawdę. Mam dosyć idiotyzmów pisanych o doktorantach i studiach doktoranckich. Mam dosyć idiotyzmów pisanych przez ludzi, którzy nie mają pojęcia o tym, w jaki sposób funkcjonuje system. Ten system to czysty darwinizm: przetrwają ci, którzy potrafią się najlepiej przystosować. Nie najlepsi, nie najsilniejsi, tylko ci, którzy najszybciej zrozumieją, od czego zależy przetrwanie.

Są na rynku wydawniczym pozycje przekładające „Sztukę wojny” Sun Zi na świat biznesu, wydaje mi się, że jeszcze lepszym pomysłem jest odniesienie jej do codzienności polskich doktorantów… Wizję Thomasa Hobbesa wszyscy już znają z praktyki.

***

To nie koniec. W kolejnym wpisie przedstawię pomysł, w jaki sposób można naprawić system (tutaj przeczytasz o moich 11 propozycjach). I stworzyć warunki, w których doktoranci zostaliby wykorzystani do odbudowania polskiej nauki. Zanim umrze. Powoli. I na naszych oczach… Zanim zgaśnie światło…

Reklamy

54 myśli na temat “Czy doktoranci to leniwi durnie?

  1. zastanów się najpierw czy polska nauka istnieje. i powodzenia w dalszym zaliczaniu samego siebie do ‚elit’ .
    p.s. mysle ze przeswiadczenie o tym, ze jestescie ‚nierobami’ musi miec zwiazkiem z roznica zarobkow ( pragne zauwazyc ze doktoranci pobieraja dosc wysokie-liczone w tysiacach[!]-stypendia oraz dotacje). ZWYKLY czlowiek nie zarobi az tyle na mysleniu. zas odpierajac przyszle zarzuty chce zaznaczyc ze wielu wiecej mogloby byc doktorantami,ale sytuacja zyciowa (np. fakt, ze rodzice nie byli wstanie ich utrzymywac) zmusil ich do bycia zwykla, NIEELITARNA jednostka.

    1. Dziękuję za własne spostrzeżenia. W przykładzie drugim podałem kwotę, na jaką liczyć mogą doktoranci. Jednak zaznaczyłem też, że nie jest to zarobkiem czy wynagrodzeniem. Kwota ta wystarczyć ma na utrzymanie, prowadzenie badań, rozwój zawodowy i kontakty międzynarodowe. Koszta są spore. Naprawdę.

      Nie uważam, że doktoranci są „niezwykli”. Uważam, że wszyscy ludzie – przez całe życie – są sobie równi. Zawsze. Znam wielu nie-doktorantów, którzy zarabiają dużo lepiej na myśleniu, dużo więcej. Dlaczego zaliczam doktorantów (w tym samego siebie) do elity? Głównie ze względu na definicyjnie elitarny charakter studiów doktoranckich i pracy badawczej. I znaczenie społeczne naszej pracy.

      Nie podważam, że wiele osób mogłoby być doktorantami. Nie zgadzam się jednak, że ma to związek z sytuacją życiową. To moje całkowicie osobiste stanowisko. Mnie nikt nie utrzymywał. Nikt mnie nie utrzymuje. I większość znanych mi doktorantów też utrzymuje się samodzielnie. Nie szukajmy wymówek. To trochę tak, jakby napisać, że nie zostałem wybitnym sportowcem, bo nie miałem czasu trenować… Jest wielu doktorantów i doktorów, których rodziny nigdy nie mogły wspierać ich finansowo. A jednak dają radę. I odnoszą sukcesy. Szanujmy ich ciężką pracę!

      1. Czy Pan uważa, że to indywiduum kryjące się, za literami MD zrozumiało pańską ripostę? Uważam, iż ta wypowiedź obrazuje dlaczego młodzi i nieco już starsi naukowcy nie znajdują w Polsce zrozumienia, a ich praca uznania. Przyczyna zwie się z łacińska ignorancją i obskurantyzmem, dorzuciłbym jeszcze krótkowzroczność (już nie z „łacińska”). Bo wypowiedź niejakiej (a może niejakiego) MD właśnie o tym świadczy. Coś tam w tanich „brukowcach” to to wyczytało, coś tam w prymitywnym radyjku usłyszało i reprodukuje, myśląc, że ogłasza jedyną prawdę, ledwo panując nad klawiaturą. I tak to u nas właśnie jest…. Zgadzam się z Panem, że umiera polska nauka na naszych oczach, ale to i może dobrze, bo w obecnej formie to jest bardzo mierna nauka. Może ta śmierć zabierze ze sobą także tych „kolesiów”, „pociotów” – często nijakich i bez pasji, tę apatię „wykładowców”, którzy jednie dbają o własne posady, mocno nieuczciwe instytucje mające wspomagać naukowców a będące jedynie przykrywką dla różnorakich koterii. Ważne by przetrwali Ci, którym na nauce naprawdę zależy, którzy na serio traktują określenie „ludzie nauki” znane nam skądinąd. Bo przyjdzie czas tworzenia etosu naukowca, którego w Polsce w ogóle nie ma. Na zakończenie zaś zapytam: czy stoi coś na przeszkodzie by złożyć ogólnopolskie stowarzyszenie młodych naukowców, którzy mogli by coś wywalczyć, by dać mocny przekaz władzy, że bardzo źle się u nas dzieje? Są przecież politycy, którzy chełpią się stopniem doktora czy tytułem profesora? Może czas im coś przekazać? Pochodzę z miasta Łodzi, tutaj w XIX wieku pracownicy stawali w strajkach, pod groźbą utraty wszelkich środków do życia, by wymuszać na fabrykantach takie „przywileje” jak 9-cio godzinny czas pracy, przerwy na posiłek, etc. Dziś te „przywileje” to w wielu wypadkach norma….Dodam jeszcze, że ja osobiście znam kilku wspaniałych, młodych doktorów, którzy porzucili naukę, bo zwyczajnie nie mieli z czego żyć – jeśli będziemy milczeć podobnych strat będzie coraz więcej, a są one nieodwracalne.

      2. Oto kluczowe pytanie: czy stoi coś na przeszkodzie by założyć ogólnopolską organizację? Moim zdaniem są to podziały wewnętrzne środowiska: na humanistów i na nauki techniczne, na różne ośrodki, na różne dyscypliny. Pytaniem jest, jak to przełamać…

      3. Niestety problematyczni są też sami doktoranci. Spośród tych, których znam tylko nieliczni robią doktorat z pomysłem i zaangażowaniem, na poważnie myśląc o karierze w nauce. Większość nawet sama przyznaje, że wybrała się na doktorat, ponieważ nie mieli na siebie pomysłu. Dużo osób które dopasowały się do wzoru najlepszego ucznia w klasie kontynuuje ten schemat tak długo jak się da, odnosząc liczne sukcesy, uważając się za lepszych od innych. Gdy jednak przychodzi czas na odnalezienie się w prawdziwym życiu, znalezienie pracy, która często okazuje się nie tak łatwa do znalezienia, lub nie spełniająca oczekiwań, postanawiają wrócić na znajomy teren. Frustrację dopełniają wieści o znajomych, którzy po skończonym tylko licencjacie są już ustawieni, mają dobrą pracę, może nawet dzieci… A przecież to im jak krowie na rowie tłumaczyliśmy w kółko najprostsze zagadnienia przed egzaminami. Nagle okazuje się, że poza znanym nam światem nauki wcale nie jesteśmy od nich lepsi. Dla takich ludzi doktorat to zwyczajnie najprostsza droga, nie wymagająca podejmowania drastycznych decyzji i zmian w ich życiu.

      4. Dlatego właśnie uważam, że studia doktoranckie nie powinny być traktowane jako poczekalnia (także przez samych doktorantów). Z tego też powodu uznaję, że rekrutacja opierająca się na średniej ze studiów czy zaangażowaniu w działalność organizacyjną jednostki jest fatalnym rozwiązaniem – oceniany powinien być pomysł na badania, kompetencje metodologiczne i wykonalność projektu. Pisząc wprost: fakt, że ktoś ma wysoką średnią mówi niewiele o tym, czy będzie dobrym naukowcem. A na (stacjonarne) studia doktoranckie powinny – moim zdaniem – trafiać ci, którzy mają predyspozycje do tego, aby się takim badaczem stać.

    2. trzeba mieć sporo szczęścia, żeby takowe stypendium dostać. Wielu doktorantów podejmuje prace, żeby przeżyć bo inaczej lipa

    3. stypendium typu 550, 800-1000 zł/miesiąc dla 2-3 osób na roku. tak – można mówić o „dość wysokich – liczonych w tysiącach” kwotach. np. 0.8 tys. 0.55 tys. itp 😉 Stypendium ministra dla 89 z około 40.000 — też dobrze. A można wyliczać dalej…

    4. „ZWYKLY czlowiek nie zarobi az tyle na mysleniu. zas odpierajac przyszle zarzuty chce zaznaczyc ze wielu wiecej mogloby byc doktorantami,ale sytuacja zyciowa (np. fakt, ze rodzice nie byli wstanie ich utrzymywac) zmusil ich do bycia zwykla, NIEELITARNA jednostka.”
      Proszę się zdecydować – albo doktoranci zarabiają tak dużo że ho ho, albo to „tak dużo” to w istocie tak mało, ze muszą ich utrzymywać rodzice. Albo albo, tertium non datur.

    5. Widzę tu pewną logiczną sprzeczność. To albo doktoranci mają tak wielkie stypendia, albo niektórzy nie mogli poświęcić się pracy nad doktoratem, bo rodzice nie byli w stanie ich utrzymać… Coś tu nie pasuje…

    6. Bardzo irytuje mnie jeśli ktoś uważa, że doktoranta czy magistranta, który wybiera się na studia doktoranckie, utrzymują rodzice. Zawsze chciałam iść na doktorat, zawsze pasjonowała mnie nauka, na studiach magisterskich nie miałam stypendium, pracowałam, aby mieć na stancję. Na doktoracie pierwsze dwa lata nie miałam stypendium ani żadnych dotacji na badania ze źródeł zewnętrznych. O pracy na zmiany nie było mowy, bo często w labie spędzałam czas po 12-14 godzin… Zarabiałam umysłowo – tłumacząc i mimo stypendium, na które ciężko zapracowałam, dalej to robię, bo nie wiem czy za rok znów nie będę bez stypendium. Dodam, że wywodzę się z bardzo biednej rodziny i już na studiach musiałam radzić sobie sama. Więc tłumaczenie, że z braku pieniędzy ktoś nie może sobie pozwolić na doktorat jest totalną BZDURĄ!

    7. MD twierdzi, że „doktoranci pobieraja dosc wysokie-liczone w tysiacach[!]-stypendia oraz dotacje), ale kompletnie myli się w tym twierdzeniu. Odsetek doktorantów, którzy pobierają jakiekolwiek stypendia (że o tych liczonych w tysiącach nie wspomnę – na UJ stypendium doktoranckie wynosi około 1200-1350 zł brutto, ale nic darmo – stypendium trzeba odpracować przy organizacji konferencji, układaniu planów, zastępstwach, darmowym prowadzeniem zajęć ze studentami itp., więc na „nicnierobienie” nie ma czasu, a dodatkowo pobierając stypendium, nie możesz podjąć innej pracy zarobkowej – takie prawo) jest znikomy. Zwykle ogranicza się to do 1-3 osób z wydziału, reszta nie dostaje nic, musi sobie radzić samodzielnie. Wobec tego podejmuje pracę zarobkową – co oczywiście nie pozostaje bez wpływu na jakość ich pracy naukowej. A trzeba dodać do tego, że niektóre uczelnie (np. jeden wydział najstarszej polskiej Alma Mater) odbierają doktorantom prawo do stypendiów, twierdząc, że im się ono nie należy, ale nie przestają wymagać od doktorantów świadczenia pracy organizacyjnej na rzecz jednostki, oczywiście w czasie, który doktorant mógłby przeznaczyć na swoje badania albo na pracę zarobkową.
      Więc drogi MD nie wypowiadaj się krytycznie o tych, o których losie nie masz najmniejszego pojęcia. Wszyscy doktoranci z mojego roku pracują zawodowo na pełny etat, a wieczorami i w weekendy prowadzą badania, nikt nie dostaje nic za darmo, nie jesteśmy nierobami – pracujemy ciężej i więcej niż niejeden „zwykły myślący człowiek” – ale to NASZ wybór, nie narzekamy. I co ważne nie prosimy, byś nas utrzymywał, czy do nas dokładał – doskonale radzimy sobie sami. Nie życzę sobie nazywania mnie „nierobem”. Mam 29 lat i 10-letni staż pracy zawodowej (zarobkowej), skończyłam (dziennie) 2 kierunki studiów, studia podyplomowe, a teraz finalizuję doktorat (również dziennie) na najstarszej polskiej uczelni, więc łatwo nie było i nie jest. Moich rodziców nie było stać na utrzymywanie mnie na studiach, do tego w innym mieście, więc od początku studiów pracowałam – najpierw tylko w weekendy, potem, kiedy zajęć było mniej, również w tygodniu. Nadal pracuję zawodowo – etat 40 h tygodniowo – bo przy obecnym systemie finansowania nie mam szans na żadne wsparcie ze strony uczelni. Materiały do badań, wyjazdy naukowe, konferencje – wszystko opłacam z własnej kieszeni – czy żałuję? Absolutnie nie. To jest moje życie, takie wybrałam i jestem z niego zadowolona, więc uprzejmie proszę, byś swoje zatrute ostrze krytyki skierował ku innym problemom.

    8. No niestety, widać mur niezrozumienia i słabość Twojego wątłego umysłu, kolego MD. Mówiąc językiem na Twoim poziomie, w dupie byłeś i gówno widziałeś, frajerze. I jeszcze srasz z tego ryja nielogiczną bryndzą którą nazywasz językiem. A jakem wszedł między wronę to zakraczę jak i one. Trudne to to nie jest, plebsie.

      Zamień się ze mną to pogadamy. Naprawdę, spróbuj popracować tak jak rzesze ludzi pracują, za psichuj, a oczekiwania wszystkich na „nową polską naukę” tylko rosną. I potem się jak zwykle nadyma banie medialne, po czym genialne projekty zostają rzucone jak nie przymierzając Leśne Ssaki po odbytym stosunku, a projekt i jego kierownik leży i kwiczy

      Ciekawe, że z moich znajomych którzy na doktoratach byli, średnio 3/4 osób (tak, trzy czwarte, nie trzy lub cztery) wyjechalo poza kraj, gdzie robią to co chcą, to co lubią, i za co dostają niemałe pieniądze – tam szanuje się dobrą robotę, po prostu.

      A że u nas króluje debilizm, pojawiła się cudowna etykietka naukowca-idioty, to w Twoim mniemaniu o sobie (zapewne o wiele większym niż faktyczne) masz prawo wypowiadać się na temat czyjegoś zawodu. Nie masz, ty tępa pało, i nikt Ci tego prawa nie dał. Chyba że Bóg, no ale to twój problem jak wierzysz…

      Mam dosyć tego milczenia, jak to w artykule jest napisane. Naprawdę, jak ktoś chce się popróbować na myślenie i realizowanie rzeczy których nie było, to zapraszam. W innym przypadku, wracać na swój zmywak albo do innych rowów, przecież głosujecie od lat tak samo, od lat Wam naukowiec-idiota pasuje, i wszyscy się ze sobą zgadzają, a jest jak jest.

      Tak, to właśnie wy, bando debili, powodujecie ten stan kraju. To wy, bando idiotów, podejmujecie decyzje, a że jesteście idiotami, to są to chujowe decyzje. Ja mogę pracować gdziekolwiek, a tutaj pracuję tak naprawdę już nie dla pieniędzy (bo to jakby mówić, iż jestem zadowolony z jebniętego malucha podczas gdy mój kumpel z firmy obok jeździ mercedesem), a dla przyjemności. Bo nauka jest fajna, i o wiele bardziej interesująca niż jakikolwiek temat który jesteś mi w stanie, kolego MD, zaproponować.

    9. Jestem doktorantką i moje stypendium jest bardzo wysokie – aż 1300 zł miesięcznie. Naprawdę, nachapałam się jak diabli.

  2. Cześć kolego. Trochę rozumiem Twoją frustrację. Jednak mylisz się mój drogi bardzo, to zdanie: „Masz rok na osiągnięcie rezultatów, ale nie powiem Ci ani jakich rezultatów oczekuję, ani czym masz się zajmować. Jeśli jesteś taki zdolny to sobie sam poradzisz” pokazuje że kompletnie nie masz pojęcia o pracy u kogoś, ani w korpo, ani chyba w ogóle. W pierwszym półroczu w korpo, albo zarobisz dla niej bardzo, bardzo dużo pieniążków za pomocą własnego wolnego czasu, albo Cię wyleją. Uwierz mi nawet nie zauważysz jak wycisną Cię jak cytrynę i o 2 w nocy będziesz wypełniał tabelki w excelu, wpisując ile godzin robiłeś to, a ile tamto i mimowolnie będziesz marzył tylko o tym, żeby do Twojej pozycji dopisywali kolejne anglojęzyczne słowa mające oznaczać awans.
    W inwestowaniu pieniędzy chodzi o to żeby się zwróciły szybko i dużo. . Polska Nauka ma problem, nie jest poliglotą, nie opanowała sztuki mówienia w różnych językach, a przede wszystkim nie mówi językiem biznesu.
    Porównujesz dwa skrajne przypadki – ludzi którzy zaczynają pracę w wieku lat 16 – mechaników i budowlańców, uwierz mi oni na początku nie zarabiają 3 tysięcy. Nadal mają status ucznia i wysokość netto ich wynagrodzenia wynosi często 200zł, natomiast pracują po 8 godzin dziennie, lub więcej. Kiedy mają 22 lata, mają 6 lat stażu i powoli nie chce się im pracować, bo zaczynają rozumieć, że pracodawca ich dyma. Jak Ty będzie miał 6 lat stażu po doktoracie, to może też będziesz zarabiał tyle, co pracujący kilka lat chłopaczek po technikum.
    Moim zdaniem problem doktorantów polega na tym, że późno zaczynają zarabiać w stosunku do reszty społeczeństwa. Większość doktorantów jest mało rentowna, niestety rentowność nie wynika z faktu, że pracujesz dużo, albo ciężko, albo że dokładasz do interesu. Niestety tam gdzie bussines spotyka się z nauka, to ta druga kiepsko wypada, a Wy doktoranci, naukowi rycerze, dostajecie naukową łatkę w gratisie.
    Przykro mi i życzę żeby się poprawiło, ale nie wymachuj szabelką i nie mów, że chłopaki z budowlanki mają lepiej.

    1. Dziękuję za własne spostrzeżenia. Są ciekawe. Odniosę się do kilku z nich.

      1. Nie czuję frustracji. Uczciwie napisałem, że jestem zadowolony ze swojego życia i swojej pracy.
      2. Każdy z nas ma prawo do własnych ocen, więc napiszę tak: nie uważam, że „nie mam pojęcia o pracy u kogoś”. Trochę tak popracowałem. W różnych miejscach i za różne pieniądze. Ale fakt, ogólnie preferuję samodzielność.
      3. W nauce generalnie nie chodzi o szybki zwrot. To nie taka inwestycja. Myślenie komercyjne o nauce doprowadziło do największego kryzysu szkolnictwa wyższego w historii Europy.
      4. Nie chodziło mi o porównywanie pracowników budowlany czy kogokolwiek innego do doktorantów. To tylko metafora. Osobiście, chciałbym, żeby każdy zarabiał jak najwięcej. A co do stawek? Cóż, chyba mamy innych znajomych w tych branżach. Bywa.
      5. Przyjmując logikę komercjalizacji powinnaś/ powinieneś napisać mocniej: wszyscy doktoranci są mało rentowni. I cała nauka jest mało rentowna. ZUS i służba zdrowia też są nierentowne. Policja i wojsko też są nierentowne. Nie wszystkie funkcje państwa da się sprowadzić do pytania o zysk.
      6. Nie wymachuję szabelką. Nie mówię, że ktoś ma lepiej. Przedstawiłem swoją ocenę stanu obecnego.

    2. Pracuje w korporacji od kilku lat i nie zdarzylo mi sie „wypelniac tabelek o 2:00 w nocy”, a takie bajki slyszalam tylko od ludzi, ktorzy tu nigdy nie pracowali.

  3. Podzielam opinię w komentarzach. Sam osobiście mam sporą styczność z Polską Nauką, z racji tego iż pracuję w R&D i nierzadko potrzebujemy pomocy wyspecjalizowanych instytutów badawczych w opracowaniu określonych technologii, które my następnie bylibyśmy zdolni wdrożyć do produkcji. Niestety, cele jednostek badawczych bardzo często rozmijają się z celami wyznaczanymi przez podmioty gospodarcze. Odnoszę wrażenie, że przez łatwo dostępne pieniądze z grantów europejskich / programów ramowych itp fanaberii naukowcy nie są zainteresowani pracą badawczą dla przemysłu. Wolą wypełniać wnioski o granty i jeździć na konferencję i jeść i pić na koszt podatników nie musząc rozliczać się z żadnej pracy. Gdyby los instytutów badawczych na uczelniach zależał od umiejętności pozyskiwania funduszy na badania od firm (tak jak to jest w innych rozwiniętych krajach) to sytuacja szybko wróciłaby do normy.

    1. Dziękuję za podzielenie się swoim doświadczeniem. Nie chciałbym odpowiadać za nauki techniczne. Nie jestem ich przedstawicielem. I mam mały kontakt z tymi dyscyplinami. Dla kontrastu, dużo bliższe mi nauki medyczne i biochemiczne mają dobre kontakty z przedsiębiorcami. W naukach społecznych też jest – wbrew pozorom – nieźle.

      Z zasady, cele naukowe instytutów badawczych i uczelni wyższych są zupełnie inne od podmiotów gospodarczych. To temat na dłuższy komentarz. W skrócie jest tak: przedsiębiorcy działają komercyjnie, instytucje naukowe działają na rzecz rozwoju stanu wiedzy. Czasem są to cele bliskie, czasem odległe.

      Pieniądze z finansowanie zewnętrznego nie są łatwo dostępne. Wystarczy spojrzeć na liczbę wniosków złożonych i liczbę zaakceptowanych do finansowania. A procedura rozliczenia grantów nie sprzyja jedzeniu i piciu na koszt podatnika. Oczywiście, są – o czym donosiły niedawno media – także przykłady nadużyć.

      Teraz kwestia kluczowa: w dniu, w którym naukowcy będą zainteresowani pracą badawczą dla przemysłu, powinni wysłać swój życiorys do wybranych przedsiębiorców i zaoferować swoje usługi. Następnie złożyć wymówienie z uczelni. Uniwersytety nie istnieją dla przemysłu – istnieją dla społeczeństwa.

      I druga sprawa kluczowa: nie znam państwa, w którym los instytutów badawczych czy uczelni byłby zależny od pozyskiwania funduszy na badania od firm. A na pewno nie jest tak w krajach wysoko rozwiniętych. Normą jest finansowanie z środków publicznych. Tak, również w Stanach Zjednoczonych.

      1. „Teraz kwestia kluczowa: w dniu, w którym naukowcy będą zainteresowani pracą badawczą dla przemysłu, powinni wysłać swój życiorys do wybranych przedsiębiorców i zaoferować swoje usługi.”

        Niekoniecznie. Do tematu trzeba podchodzić zadaniowo: jest konkretny problem do rozwiązania dla przemysłu, to się podpisuje stosowną umowę i się rozwiązuje ten problem. Sektor MŚP nie jest w stanie utrzymać mocnego R&D aby raz na kilka lat wdrożyć innowacyjny produkt.

    2. Szukaj współpracy w Instytutach naukowych – oni nie żyją ze studentów tylko gonią za przedsiębiorcą.

  4. Jestem doktorantem, ale uznaje to za stosunkowo drogie hobby. Pracuje na własne utrzymanie oraz pracę akademicką. Badania prowadzę bo uważam je za ciekawe, dydaktykę uprawiam bo lubię. Nie uznaje wizji pracowników naukowych zasługujących na cokolwiek. Umiejętności powiązane z moim doktoratem (modelowanie statystyczne i ekonomia) są w cenie, ale gdyby nie były nie uważam dlaczego podatnik miałby do nich dopłacać.

    Jeśli ktoś chce uprawiać naukę niech czyni to we własnym zakresie, za pieniądze własne lub otrzymane nie z redystrybucji tylko uczciwie zarobione. Są dziedziny nauki których nie uprawiam, ale które uważam za ciekawe i pożyteczny i do których przy pomocy rożnych crowdfundingów dokładam się. Inne nie obchodzą mnie ani trochę.

    Osobiście nie uważam fundowania badań, zwłaszcza tych których nie można bądźmy szczerzy sprzedać z pieniędzy państwowych. I nie wierzę w „polską” naukę. Wierzę w naukę jako taką, a kto i gdzie ją uprawia mało mnie interesuje. Podobnie jak wiele innych funkcji które przejęło państwo (służba zdrowia czy edukacja), uważam, że byłaby tańsza i efektywniejsza w rękach prywatnych.

    1. Szanuję takie stanowisko. Różnica między nami to rozumienie roli i pozycji państwa. W tej kwestii jesteśmy na odległych pozycjach.

      Retorycznie zapytam tylko, czy wybierając jedzenie, ubranie czy rozrywkę też kierujesz się tylko ceną?

    2. „Osobiście nie uważam fundowania badań, zwłaszcza tych których nie można bądźmy szczerzy sprzedać z pieniędzy państwowych. ”
      Chcę tylko zwrócić uwagę, że badania nad mechanizmami nowotworów nie przyniosą zysku w skali państwa. A teoria względności zwróciła się po jakiś 70 latach (system GPS opiera się w dużej mierze o jej założenia).

  5. Czytając powyższe komentarze zastanawiam się dlaczego tak powszechnie przyjęło się przekonanie, że wszystkie instytucje finansowane publicznie służą wyłącznie generowaniu zysku. Nie tylko nauka, ale także transport kolejowy czy służba zdrowia okazują się nierentowne. Dlaczego zamiast wymagać od tych dziedzin sprawnego funkcjonowania, miałbym oczekiwać wyników finansowych?

    Jestem jeszcze w stanie zrozumieć stosowanie takich kryteriów przez niektóre organy państwa, próbujące przykryć wszystkie wydatki przykrótką budżetową kołdrą. Co oczywiście nie prowadzi do niczego dobrego.

    Ale żeby tak powszechnie uznawać ten model za optymalny?

  6. Dodałbym jeszcze jeden przykład: masz pół roku na zrobienie remontu, masz za co ten remont przeprowadzić, ale nie możesz sobie kupić farby. Musi się zebrać specjalna komisja, która Ci tę farbę kupi (niekoniecznie dokładnie taką, jakiej potrzebujesz). Kupi Ci tą farbę za rok.

  7. Ten kto nigdy nie pracował w nauce ten nie ma pojęcia jaki to jest ciężki chleb, stres, praca po kilkanaście godzin dziennie. Typowe stypendia doktoranckie to pieniądze rzędu 1000zł. Co ciekawe nigdzie te stypendia nie są dobrymi piniędzmy. Przykłądowo doktoranci z Nowego Jorku otrzymują około 800$ – tyle kosztuje tam samo mieszkanie nie wspominając już o żadnych innych wydatkach jak jedzienei/rodzina/auto. Na całym świecie w nauce pracuję się ciężko i za niskie wynagrodzenie.

    Zgadzam się z autorem, że z naszej postkomunistycznej mentalności wynika zawiść do każdego kto się wybija. Moim zdaniem ludzie z doktoratem (b. wysokim wykształceniem) do takiego grona należą. Społeczeństwo nauczy się by ich doceniać.

    Inwestycja w PL naukę są potrzebne: tyko na odpowiednim poziomie zacznie ona współgrać z sektorem przedsiębiorstw oferując innowacyjne rozwiązania.

    I na koniec, tak, jestem doktorantem i wiem jak to wygląda od kuchni. Pracę w naucę można kontynuować tylko gdy ma się wybitne wyniki. By sprostać takiemu zadaniu trzeba latami stawać na głowie. W każdej normalnej pracy jesteście free o 17:00 w domu. Dla nas 17:00 to środek dnia, w którym zazwyczaj brakuje czasu na wszystkie inne sprawy. 1000zł za kilkanaście godzin PRACY dziennie to wciaz mało moim zdanie, Szkoda, że społeczeństwo tego nie rozumie.

    gratuluję autorowi, doskonale przedstawił nasze realia

    1. Mam nadzieję, że nie tylko trafnie przedstawiłem realia studiów doktoranckich, ale że także moje 11 propozycji zmian spotkają się z pozytywnym odbiorem Czytelników i naszego środowiska.

    2. Następny doktorant „za karę”. Proponuję dodac do Kodeksu Karnego „karę doktoratu”. Oczywiście tylko dla najgorszych przestępców, wobec innych byłaby to niewspółmierna, niehumanitarna surowość. Z tego co pamiętam z niezbyt odległych czasów mojego doktoratu to doktorat i obowiązki wokół niego nie zajmowały kilkunastu godzin dziennie, a przede wszystkim było pełno ciekawszych i bardzie produktywnych zajęć niż narzekanie. Dlaczego ludzie, którzy najbardziej narzekają na doktoraty na nie poszli zamiast zająć się czymś co by im bardzie odpowiadało?

      1. W tekście napisałem wprost: jestem zadowolony ze swojej pracy. I robię to, co mi odpowiada. Postawiłbym inne pytanie. Dlaczego ludzie, którzy komentują, nie wysilą się na tyle by wcześniej przeczytać tekst ze zrozumieniem? Chyba, że czytanie ze zrozumieniem też wpisać należy do kodeksu karnego?!

      2. Czytanie ze zrozumieniem to wyższa szkoła jazdy, proponuję zacząć od patrzenia ze zrozumieniem – pozowoli to zobaczyć, że ten mój komentarz był pod komentarzem użytkownika „musiałem skomentować”, czyli odnosił się do niego 😀

      3. Przepraszam za nieporozumienie. Błąd swój naprawiłem. Niestety, w edycji komentarzy nie wyświetla mi się drzewo komentarzy, a lista. Raz jeszcze przepraszam i proszę o wyrozumiałość 🙂

  8. Panie Prawicowy, idea równości wywodzi się z rewolucji francuskiej, a nie socjalizmu. Jeżeli w tak prostym stwierdzeniu pokazał Pan swoją ignorancję/niewiedzę/przywiązanie do barw politycznych* nie potrzebne skreślić. Poza tym przykład budowlany jest o tyle obrazowy, co także pokazujący Pana niewiedzę w tym fachu. Szeregowy pracownik w budowlance ma nie lepiej od doktoranta i tam także dosięgają polskie patologie (np. kopertówki, a stawki w postaci 3pln na godzinę także się jeszcze zdarzają).
    Staram się rozumieć Pana przekaz i jedną ręką byłbym w stanie podpisać się nawet pod tym, gdyby właśnie nie podejście Pana z pozycji wyższości doktora/doktoranta. To jest clue problemu, o którym Pan nie wspomniał. To polskie przywiązanie do kilku literek przed nazwiskiem (np. już zmarginalizowany dr i prowincjonalnie wyglądający hab.) sprowadza polską naukę do obszary szamańsko-feudalne. Czego wypadkową jest właśnie podejście do doktorantów.

  9. Osobiście dobrze oceniam fakt, że tylko najzdolniejsi dobrze radzą sobie „na doktoracie”. Tak powinno być. Ogromna część robi doktorat ze snobizmu. Ci, którzy naprawdę mają coś oryginalnego do powiedzenia – przebiją się. No ale łatwiej narzekać na stan polskiej nauki i szkolnictwa z pozycji „niedocenionego” NAUKOWCA niż właśnie budowlańca, którego pozycja społeczna jest nieporównywalnie niższa. Wyraźnie sobie przeczysz: wymowa artykułu jest diametralnie różna od tego co piszesz w komentarzach, że jesteś zadowolony z życia i pracy… Szukałeś współczucia? Czy chciałeś „otworzyć oczy” „niezorientowanym”? Co obcych – czytelników obchodzą frustracje doktorantów? Wolelibyśmy się dowiadywać, o ich znaczących dokonaniach, odkryciach, bo chyba to jest celem waszej pracy.

    1. Moim celem było napisanie z perspektywy osoby radzącej sobie na doktoracie o problemach doktorantów. Żeby uniknąć zarzutu o wylewanie smutków przez niedocenianych naukowców. I żeby otworzyć oczy. Liczby wskazują, że obcych czytelników ten temat interesuje. Nie frustracje. Perspektywa.

      Wyniki swoich badań publikuję systematycznie. Nie ma problemu w tym, żeby dowiedzieć się o mojej pracy badawczej. I raz kolejny podkreślę: uważam się za naukowca docenianego. Nie tylko w skali naszego kraju.

      1. anonimie.. proszę przesłać mi swoje dokonania.. skoro stawiasz poprzeczkę tak wysoko, to muszą być fascynujące! Swoją drogą.. ta Pani nie studiuje w Polsce. Nie chcę jej odejmować, ale często bywa tak, że na taki wynik pracuje wiele ludzi..z palca tego nie wyssała. PS trochę szacunku.. to przykre..

  10. O Polsko jakżeś piękna:) dobrze, że w kraju nad Wisłą to tak wszyscy łeb w łeb… durni, leniwi, kradną, piją.. a na dodatek ciągle pada. Sama robię doktorat. Gdy zajadę do „swojej” wsi (bo wieśniakom też zdarza się robić doktorat) to za wszelką cenę każdy chce mnie utopić w swoim szambie. Kto wie.. może faktycznie chcą mi oszczędzić rozczarowania po obronie. Powiem tyle, nikt doktorantom nie wypłaca pieniędzy za piękne oczy. Większość z nas ma nienormowany czas pracy.. siedzi po nocach lub śni o pracy, by obudzić się w przemoczonym od potu podkoszulku. Pewnie są też i inni.. a owszem, są! spotykam ich na kasach, kupując gotowe żarcie w tesco, bo w tym roku ktoś miał więcej punktów niż oni, a trzeba z czegoś żyć.. dobiegając do trzydziestki. Może byli też i doktoranci z przypadku, co szli dla zabawy.. ale nie oszukujmy się, zabawa się kończy, jak nie ma pieniędzy, czyli szybko. Dużo mogłabym pisać, ale mam obowiązki. Jeden eksperyment właśnie się kończy, drugi lecę nastawiać, a jak tu dłużej posiedzę to nockę spędzę na uczelni. Zniosę wszystko, tylko życzyłabym sobie jednego.. by nie zwariować. A wszystkim tym, którzy tak zajadle komentują ten wpis, życzę cudownych dzieci, o wzniosłych ideałach, nieprzeciętnej inteligencji, dumy z nich, a na końcu myśli, że i tak świat tego nie doceni. Nie bawcie się w mądrych rodziców, kupując im książki i gry edukacyjne.. szpadel kupcie i bijcie po głowach.

    1. Bardzo serdecznie dziękuję za te słowa. Jestem przekonany, że były potrzebne… Otwierają oczy osobom, które wciąż twierdzą, że doktorant to bezwstydny leniuch. Otóż: doktorant to osoba, która bardzo stara się przeżyć i wyglądać tak, żeby sprawiać wrażenie, że przeżycie nie jest jej głównym problemem.

  11. Jako żona doktoranta mogę pod tym tekstem jedynie złożyć pełen rezygnacji podpis… Cała instytucja studiów trzeciego stopnia wydaje mi się obecnie skrojona na miarę eremitów, pustelników zaprzysiężonych badanej dziedzinie i ślubujących posłuszeństwo Alma Mater, celibat i ubóstwo. Mąż kończy doktorat – z powodu odpływu studentów nie ma co marzyć o etacie na uczelni (ledwo starcza godzin dydaktycznych dla obecnej kadry), co skłania do poszukiwania atrakcyjnych ofert stażów doktoranckich – atrakcyjnych, a więc – zagranicznych. Wiem, że jeśli wyjedziemy, to już nigdy nie wrócimy. Nie taki był plan.

  12. Niestety czysta prawda.
    Ale też ludzie obchodzą system – co 2 osoba jaką znam na uczelni zarabia kasę poza jej murami. Uniwersytety w Polsce to trochę taki system ubezpieczeniowy dla pracowników, którzy w zamian uczą studentów. Panuje model „szkoły” – dydaktyka jest ważniejsza od badań.

    Dlatego też wynagrodzenia są małe.
    Panuje ukryte założenie, że „naukowy narodek” jakoś się wyżywi i zdobędzie środki do życia z rynku prywatnego (kiedyś jeszcze były drugie etaty w prywatnych szkołach ale to powoli przeszłość). W jaki sposób? Chałturząc, lub robiąc całkiem istotne ekspertyzy i badania dla biznesu.

    W Polsce jednak nie opłaca się przeprowadzać badań dla biznesu przez mury uczelni (vide zbyt wielkie koszty pośrednie, inercja administracji, przepisy nie adekwatne do potrzeb tzw. „przemysłu”). Dlatego firmy zatrudniają naukowców na umowy-zlecenie lub na etaty poza strukturami akademickimi.

    Ogólnie żyjemy w dwóch równoległych rzeczywistościach. Nauka ma służyć społeczeństwu. Ale firmy nie chcą jawności badań naukowych, bo zagraża to ich przewadze konkurencyjnej. W ten sposób naukowcy nie mogą przekuwać badań w publikacje i patenty, itp, itd. Ten problem jest ważny, bo biznes posiada dzisiaj dużo środków na badania.

    System polskiego szkolnictwa wyższego jest wyrazem wysokiego braku zaufania władzy względem „naukowców nierobów”. Naszą pracę oceniają urzędnicy, bo „mafia akademicka” uważana jest za układ skorumpowany. Dlatego nauką niedługo zaczną rządzić bibliotekarki i specjaliści od parametryzacji. Zapominając przy tym, że ocena pracy naukowej zawsze ma charakter jakościowy, musi zatem zostać dokonana przez kogoś, kto ma wiedzę z danej dyscypliny.

    Historia nauki pokazuje, że byli w niej ludzie wybitni, którzy wybitnie nie umieli publikować, ale zostawili po sobie całe szkoły wyznawców. Co na to polskie ministerstwo nauki?

    Wydaje mi się, że nieufność polityków do naukowców powoduje, iż ocenę ich pracy zlecają urzędnikom. Bo przecież jak „nasi polscy słabi i skorumpowani nestorzy wiedzy” mają oceniać pracę kolejnych pokoleń. Lepiej niech to zrobi za nich bezduszny system, ewentualnie wspierany „zagranicznym ekspertem”. Niestety system sam popada w sprzeczność, bo niewiele płacąc zagranicznym naukowcom produkuje jedynie anglojęzyczne streszczenia, które potem czytane są przez Polaków, ponieważ żaden „zachodni” naukowiec nie skusi się na takie grosze.

    Jesteśmy nauką peryferyjną, Doskonale opisywała to niedawno Izabela Wagner w Rzeczpospolitej. Nie powinniśmy się porównywać do Włoch, Niemiec, czy Anglii, ale do krajów, które na naukę wydają podobny procent PKB co my (i są na podobnym poziomie rozwoju gospodarczego).

    Bieda materialna rodzi biedę mentalną . Niestety bieda mentalna dotyczy także rządzących.

    Ktoś w Polsce zapomniał, że kapitał intelekturalny danego kraju to ludzie, którzy w nim mieszkają. Nawet jeśli nie lubi się własnych naukowców, mamy tylko ich, więc trzeba o nich zadbać.

    Jestem humanistą i uważam, że nauka ma również zobowiązania wobec narodu. Musimy wreszcie wstać z kolan. Nie można uważać ciągle, że publikacje w języku angielskim są lepsze od polskich. Przygotowanie publikacji w amerykańskim piśmie opisującym globalne trendy społeczne wymaga od nas od razu stawienia się w roli „twórców z peryferii”. Nasze artykuły mogą dotrzeć do 5-10 osób w skali świata, które interesują się Polską (jeśli tylko wpadną na pomysł, aby ich szukać w języku angielskim, bo wielu ekspertów ds. Polski uczy się polskiego). Jednak taki tryb publikowania powoduje, że naszych tekstów nie przeczytają już Polacy. Przestaniemy również robić badania na potrzeby lokalne, które pomogą żyć polakom, bo „światowa nauka” jest rządna pierwszych odkryć danego typu na świecie.

    Ogólne system stoi na głowie, ale ludzie sobie radzą.
    Może to jest nasza ogólnonarodowa sprawność, którą wynieśliśmy z komunizmu?

  13. Ciekawy artykuł, chciałbym jednak dorzucić 2 spostrzeżenia (dodam, że oba mają związek z branżą IT, co ma tym przypadku niebagatelne znaczenie):
    * wśród moich znajomych doktorat robią rzeczywiście głównie ‚leniwi durnie’. Wynika to stąd, że pracy dla nas nie brakuje, więc jak ktoś wybiera zarobki z doktoratu niż z korporacji czy jakiejkolwiek innej firmy to albo jest ogromnym pasjonatem, albo nikt go nie chciał nigdzie przyjąć, a to już wyczyn
    * pracownicy naukowi często nie chcą osiągnąc efektu, tylko jak najdłużej utrzymać grant – jest taki dowcip, że pewien młody chłopak z rodziny prawniczej z tradycjami wraca uradowany do domu i oznajmia ojcu ze nareszcie wygrał tę sprawę, którą on, i dziadek i pradziadek prowadzili tyle lat, na co ojciec wpada w szał krzycząc: ‚to z czego my się teraz będziemy utrzymywać?!’ Dokładnie ten mechanizm, widziałem na własne oczy – przyniesienie gotowego trafnego rozwiązania po kilku tygodniach pracy poskutkowało złością i prośbą o przeanalizowanie jeszcze wszystkich błędnych rozwiązań…
    Rozumiem, że to o czym mówie może być wyłącznie specyfiką branży, ale chciałem tylko wytłumaczyć, czemu w moich kręgach myślenie ‚gorzej o elicie’ może mieć pewne uzasadnienie.

    1. Dziękuję za inną niż moja perspektwę.

      Odnosząć się do „jak najdłuższego utrzymywania grantu” napiszę tak: każdy grant ma i tak swój termin zakończenia. A z drugiej strony: jeśli skończy się badania szybcie (lub zrobi je taniej) to na uniwersytecie nie czeka za to pochwała czy nagroda, ale nieprzychylne spojrzenia administacji i kwestury (bo wcześniejsze rozliczenie finansowania to dodatkowy kłopot).

      Mam znajomych w naukach technicznych. Żaden z nich nie jest doktorantem. Żadnemu by się to nie opłacało. Dostali dobrze opłacaną pracę w rozwijających się (lub rozwiniętych) przedsiębiorstwach. I też prowadzą badania. Tylko nie muszą się martwić o finansowanie.

      Przedstawiając swoje 11 propozycji miałem to na uwadze – zwłaszcza w naukach technicznych uniwersytety nie mają co zaoferować najzdolniejszym naukowo. Ani stablinej pracy, ani dobrej wypłaty, ani warunków do rozwoju. Stąd nie dziwię się, że nawet ci, którzy chcieliby zrobić doktorat, wolą poszukać ciekawego etatu. I rozwijać się poza systemem polskiej akademii.

  14. Witam, niepowiem urzekł mnie ten artykul czy wpis (jak zwał tak zwał). Natomiast generalnie podpisuje się pod główną myślą przewodnią, że chyba nie do końca tak jest, że doktorant to dureń. Ja musiałem się nieźle napocić, żeby coś sensownego zrobic, nauczyc sie z ksiazek, artykułów i od innych, a co lepsze spora czesc finansowania na moje badania zdobylem sam. Oczywiscie sa i przyklady ludzi, ktorzy mieli pewnego rodzaju szczescie, że byli wpisani od poczatku w duży projekt badawczy (np. Europejski) i nie wiedzili już na co wydawac zarowno wynagrodzenia jak z czesci przeznaczonej na badania. Ale to nie znaczy ze ta inwestycj byla zla, bo mieli swietne pomysly, ktore wprowadizli w zycie w postaci konkretnego rozwiazania/produktu. Problemem jest pojmowanie czy bardziej identyfikacja doktoranta jako zawodu/miejsca pracy w spoleczenstwie. To sie wiaze z wieloma czynnikami, np. system edukacji wyższej, duze granty, o ktorych wszedzie mowa i ze to naukowiec to super zawod. Generalnie praca naukowca jest owszem super zawodem, ale kosztuje wiele poswiecen, tj. brak czasu na rodzine, czytanie i pisanie publiakcji , grantow, kosztem prywatnego czasu. Czasami jest jest to dobre, poniewaz mozna zrobic sobie wolne z dnia na dzien, pod warunkiem , ze finansowanie jest zabezpieczone i wszystko idzie zgodnie z wczesniej wytyczonym planem. Ale i tak mysle, ze wiekszosc „Kowalskich” nie zamienila by sie na prace bycia naukowce. Wiele czasu spedzamy na walizkach podrozujaj np. konferencje, szkolenia itd. Na poczatku jest to fajne, ale pozniej staje sie monotonia, a czlowiek i tak jest przekonany ze w tym czasie moglby byc w domu z zona, dziecmi czy spotkac sie z przyjaciolmi, ale to nie jest takie proste, bo wybral zawod naukowca, ktorego wiele osob oskarza o bycie zlodziejem, elita, czy cos innego, rownie obrazliwego.
    W moim przypadku staram sie miec kontaktem z spoleczenstwem, ale to dlatego, ze realizuje projekty dydaktyczne, m.in. dzieki ktorym mam wystarczajace fundusze zeby moc dalej pracowac jako naukowiec i spelniac swoje marzenia w tej materii. I niech mi ktos powie ze cokolwiek dostalem za darmo albo jestem elita, to mu chetnie wytlumacze ile czasu spedzam na ciaglej nauce, ciaglym rozwijaniu swojej wiedzy i swoich umiejetnosci, ja akurat to lubie, ale ile czasu z mojego zycia to kosztuje to malo kto jest w stanie poswiecic.
    Pozdrawiam,

    Marcin

  15. doktoranci bardzo często tracą motywację podczas studiów. U nas jest na wydziale (ponoć najlepszej uczelni w Polsce) taka sytuacja, że na moim roku NIKT nie dostał stypendium doktoranckiego. Nawet najlepszy. I gdzie tu szukać motywacji?

    1. Stypendia pewnie były i są, ale poszły na inne cele niż pierwotnie były planowane, co jest niestety dość powszechnym zjawiskiem na naszych uczelniach.

  16. Dyskusja na poziomie „gimbazy” na Wykop.pl.
    „Para prowadziła doświadczenia we własnym laboratorium, które bardziej przypominało szopę niż miejsce nauk. Mieściło się przy 42 Rue Lhomond w Dzielnicy Łacińskiej w miejscu. Jodłowe stoły chwiały się, a szklany dach przeciekał. Latem było potwornie gorąco, podczas gdy zimą badaczy dotykał przeraźliwy chłód. Nie przeszkadzało to jednak ani Piotrowi, ani Marii, którzy oddawali się swojej pasji i pracy. Spędzali w laboratorium mnóstwo czasu, gołymi rękami przesiewając kilogramy blendy smolistej, o której wówczas nie wiedziano, że jest substancją niebezpieczną dla zdrowia. Nie przejmowali się ani oparzeniami, ani bólem stawów. „Spędziliśmy nasze najszczęśliwsze lata poświęcając się pracy bez wytchnienia” – wspominała Maria Skłodowska-Curie. „

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s