Zacznę od pewnej refleksji. Wydaje mi się na tyle ciekawa, żeby warto było się nią podzielić. Mówi się metaforycznie o syndromie stresu pourazowego, że polega na nieustannym odtwarzaniu przez umysł pewnego przykrego wydarzenia. Mówi się też, że ludzie na niego cierpiący złapani są w pułapkę przeszłości, która nie chce ich wypuścić. I maltretuje ich tym, co bardzo, bardzo chcieliby, żeby się nigdy nie zdarzyło. Jestem przekonany, że współcześnie każdy człowiek – mniej lub bardziej – zamknięty jest w pułapce przeszłości. I maltretowany jest tym, co najlepiej byłoby, gdyby nigdy się nie wydarzyło.

Część naukowców nazywa to pamięcią zbiorową. Pamięć zbiorowa powstaje, gdy umysł niewystarczająco maltretuje ludzi przeszłością. Pozwala zapełnić brak syndromu stresu pourazowego. Kapitalizm. Każdy chce mieć wszystko. Pamięć zbiorowa jest zatem społeczną odpowiedzią na niewystarczająco bezwzględną psychikę zwierzęcia zwanego człowiekiem.

Mówi się, że wspólnie pamiętamy o przeszłości z dwóch powodów. Żeby wiedzieć, co ludzie wcześniej zasiedlający naszą planetę zrobili dobrze. I co zrobili źle. Na przykład, pamiętamy o tragedii Szoah, zwanego też Holokaustem, żeby więcej się ona nie powtórzyła. Weźmy taki obóz w Auschwitz – chyba każdy zgodzi się, że jest to miejsce, które nigdy nie powinno być zbudowane. A Szoah – mordem, który nigdy nie powinien się wydarzyć. Tak byśmy chcieli. Przynajmniej, ja bym tego bardzo, bardzo chciał.

A więc pamiętamy o tym, żeby nie powtórzyć tego, co robili innym ludziom ludzie, którzy nie tak dawno zamieszkiwali naszą planetę. Niektórzy wciąż ją zamieszkują. Pamiętamy o Adolfie Hitlerze, żeby nikt nie wybrał nowego Hitlera na przywódcę państwa w demokratycznych wyborach. Całkiem mądre. Osobiście nie chciałbym wybrać nowego Hitlera na przywódcę państwa, w którym akurat przyszło mi się urodzić. A Wy?

Czy jednak nie było po tragedii Szoah kolejnych ludobójstw? Były. Czy nie były stawiane nowe obozy koncentracyjne dla innych ludzi, którzy akurat – i przypadkiem – zamieszkiwali w tym samym czasie tą samą planetę? Były. Czy po Hitlerze nie było kolejnych obłąkanych dyktatorów? Byli. Smutne. I tak czasem bywa.

Po co więc pamiętamy o przeszłości skoro i tak robimy to samo, co robili źli, którzy wcześniej – i przypadkiem – mieszkali na naszej biednej planecie? Otóż, jak wspomniałem, pamięć zbiorowa jest społeczną odpowiedzią na niewystarczająco bezwzględną psychikę zwierzęcia zwanego człowiekiem. Ma nas zamknąć w przeszłości i maltretować do woli. Mamy odtwarzać sytuacje, które nigdy i nigdzie nie powinny się wydarzyć. I bardzo, bardzo chcieć, żeby nigdy się one nie wydarzyły. Per aspera ad astra… Bon voyage!

Koniec refleksji.

***

Pisząc „18 pozycji, które pozwalają zrozumieć, o co chodzi w polityce historycznej” miałem bardzo, bardzo szczere intencje. Chciałem – dla odmiany – napisać coś pożytecznego. Wyszczególniłem kilka książek i kilka artykułów, które dają ciekawy punkt wyjścia do rozmowy o tym, po co w ogóle – zajęta swoimi sprawami – Władza ma tracić czas na opowiadanie ludziom o tym, co się kiedyś zdarzyło.

Gdy popatrzyłem wczoraj na tę listę, przypomniała mi się puenta jednej z opowiastek z „Hokus Pokus” Kurta Vonneguta. Vonnegut był pisarzem dopóki nie umarł. Nie umarł w nalotach dywanowych Drezna (które też – swoją drogą – bardzo, bardzo chciałbym, żeby się nie wydarzyły), dzięki czemu mógł zostać później pisarzem. Napisał więc „Hokus Pokus”. Napisał też „Matkę noc”, którą generalnie uważam za najmądrzejszą nienaukową książkę o polityce historycznej. Napisał jeszcze wiele innych książek i całkiem sporo opowiadań. Potem umarł. Pstryk. Zgasło jego światło. Wracając do puenty opowiastki. Brzmi ona tak:

Opowiadanie kończyło się ostatnimi słowami, jakie jeleń wypowiedział na ziemi. Myśliwy był dostatecznie blisko umierającego, żeby je usłyszeć. Wprawiły go w zdumienie. A oto, co jeleń powiedział: „O co w tym wszystkim, do cholery, chodziło?” [Vonnegut 2013: 308].

No właśnie. „O co w tym wszystkim, do cholery, chodziło?”.

***

Myślę, że wielu z niewielu, którzy przeczytali moje „18 pozycji” postawiło sobie takie pytanie (nawiasem mówiąc, wydaje mi się, że jest to pytanie, które leży u podstaw tego, co dzisiaj nazywamy analizą treści). „O co ci chodziło, Wawrzyński? I dlaczego jedna czwarta listy nie ma NIC wspólnego z polityką historyczną?” – tak to sobie wyobrażam. „O co w tym wszystkim, do cholery, chodziło?” – zapytałby mnie jeleń z opowiastki Vonneguta.

Wbrew pozorom, o coś mi chodziło. Śpieszę z wyjaśnieniem.

Jestem trochę idealistą. Wierzę w sprawiedliwość społeczną, bezstronność badań naukowych, równość płci, godność człowieka, ochronę przyrody, prąd elektryczny, transparentność, fachowość mechaników samochodowych, zasady demokratyczne, szczerość czy wartość samodoskonalenia człowieka (kolejność absolutnie przypadkowa). Wierzę też, że Władza, Klasa Rządząca czy Państwo mogą zrobić coś dobrego dla wszystkich ludzi i nie tylko ludzi, którym przyszło w tym samym czasie żyć na tej samej planecie. Naiwne, prawda? Nie zawsze mam nadzieję, że tak jest lub będzie, ale zawsze w to wierzę. Swoją drogą – poza prądem elektrycznym i być może fachowością mechaników samochodowych – ludzkość jest bardzo, bardzo daleko od spełnienia pokładanej przeze mnie wiary. Wszystko da się naprawić. Pstryk. Pstryk?

[Wtrącę jeszcze jedną refleksję. Wydaje mi się, że gdyby – całkowicie przypadkiem – Jezus trafił do Europy w XXI wieku to szybko zrezygnowałby z planu zbawienia ludzkości. Szkoda zachodu. Chociaż, może zamiast zostać ukrzyżowanym, zginąłby od bomby atomowej. W Hiroszimie musiało być wielu Jezusów. W Nagasaki pewnie też. W każdym razie, wyobrażam sobie, że patrząc na dzisiejszych Europejczyków powiedziałby do swojego ojca tak: „Boże, dajmy sobie spokój. Ten eksperyment się nie udał. Może skoncentrujemy się na fokach”. Foki są sympatyczniejszymi zwierzętami od ludzi. Tak mi się wydaje. Nigdy nie byłem foką. Jezus pewnie też nie].

A więc, miałem śpieszyć z wyjaśnieniem. Śpiesz się powoli – mawiają niektórzy. I tak bywa.

Dlaczego zatem wspomniałem o pozycjach, które nie mają nic wspólnego z polityką historyczną? Właśnie dlatego, że nie próbują opowiadać o odpowiedzi na niewystarczająco bezwzględną psychikę zwierzęcia zwanego człowiekiem. Nie próbują jej uzasadnić. Nie próbują jej wytłumaczyć. I nie mówią, że sam fakt społecznego pamiętania powoduje, że to, co bardzo, bardzo nie chcielibyśmy, żeby się wydarzyło, już się nie powtórzy. A ludobójstwo? A obozy koncentracyjne? A dyktatorzy?

Ale mówią oni o tym, czym jest lub mogłaby być polityka historyczna. Jakim celom służy i jakim celom mogłaby służyć, gdyby Władza, Klasa Rządząca czy Państwo chciały zrobić coś dobrego dla wszystkich ludzi i nie tylko ludzi, którym przyszło w tym samym czasie żyć na tej samej planecie.

Zacznę od końca. Stanley Milgram, który zasłynął w świecie nauki najbardziej nieetycznym (do czasu Stanford Prison Experiment Phila Zimbardo) eksperymentem. Z racji, że urodził się w 1933 roku nie potrzebował pamięci zbiorowej by maltretować się okrucieństwem II wojny światowej. Dowiadywał się o nim na bieżąco z bezpiecznej pozycji Nowego Jorku. Jednak zmaltretowany przeszłością Milgram postawił sobie bardzo, bardzo trafne pytanie: „o co w tym wszystkim, do cholery, chodziło?”.

Na skutek maltretującej go przeszłości zwierząt zwanych ludźmi, stworzył warunki, w których zwykli ludzie byli gotowi zabić innych zwykłych ludzi prądem elektrycznym tylko dlatego, że oczekiwał tego od nich mężczyzna w białym kitlu. Nazwano to zasadą autorytetu. Mówi ona, że ludzie – na ogół – robią dokładnie to, co mówi im ktoś, kogo uważają za specjalistę od danej sprawy. A robią to tym chętniej, im bardziej odpowiedzialność za to bierze ów autorytet.

Co to oznacza dla polityki historycznej? Śpieszę z odpowiedzią. Otóż ludzie – na ogół – będą wierzyć, że wydarzyło się właśnie to, co powiedział im ktoś, kogo uznają za autorytet. I nie tylko! Będą tak samo interpretować to wydarzenie, wyciągać z niego takie same wnioski i wykorzystywać je do uzasadniania swojego zachowania. Pstryk. Jeżeli więc odpowiednio dużo autorytetów będzie mówić, że Powstanie Warszawskie było dobre to ludzie będą wierzyć, że było dobre, a jeśli odpowiednio dużo autorytetów powie, że było złe – to ludzie będą wierzyć, że było złe. Proste? Wniosek: zwierzętom, które nazywamy ludźmi bardzo odpowiada, gdy ktoś myśli za nich.

***

Tyle pesymizmu. Teraz odpowiedź, jak to wykorzystać na korzyść ludzi, z którymi – zupełnym przypadkiem – przyszło nam dzielić jedną planetę.

Jeżeli piszę o polityce historycznej to zawsze mam na myśli opowiadanie o przeszłości przez instytucje państwowe, które ma na celu przekazywanie pewnej, określonej interpretacji tego, co się wydarzyło. Myślę wtedy też, że opowiadanie to jest narzędziem wpływania na zachowania i decyzje polityczne oraz postawy ludzi zwanych obywatelami.

Charles Kiesler opisał mechanizm, który pozwala by słowo stało się czynem. Nazwał go zaangażowaniem. Zaangażowanie pojawia się wtedy, gdy mamy osobisty stosunek do tego, co robimy i powodem, dla którego coś robimy nie jest nagroda lub kara. Mała metafora dla tych, którzy oglądali „Incepcję” Christophera Nolana: zaangażowanie pozwala zrobić to, co Dom Cobb próbował zrobić wykorzystując sny – wszczepiać idee. A więc, dzięki istnieniu zaangażowania polityka historyczna może sprawiać, że opowieści wpływają na zachowanie ludzi zwanych obywatelami. Na ich decyzje. I na ich postawy też. Polityka historyczna jest więc wszczepianiem idei. Niestety, wszczepiać można różne idee: dobre i złe także. I tak w życiu bywa.

Zaangażowanie daje nadzieję. Trochę nadziei. Jego istnienie pozwala wierzyć, że opowiadanie o przeszłości może być czymś więcej niż maltretowaniem i odpowiedzią na niewystarczająco bezwzględną psychikę zwierzęcia zwanego człowiekiem. Może być źródłem zmiany. Wyobraźmy sobie, że dzięki zaangażowaniu w opowieść z demokratycznym morałem wzrosłaby liczba ludzi zwanych obywatelami, którzy uczestniczyliby w plebiscycie zwanym wyborami. Fajne, prawda? Albo: gdyby udało się zwiększyć zainteresowanie pomaganiem innym i zmniejszyć fascynację wymyślaniem wykwintnych sposobów uśmiercenia jak największej ilości istot, które miały pecha żyć w tym samym czasie na tej samej planecie? Albo: gdyby zwiększyć presję ludzi zwanych obywatelami na ludzi zwanych Władzą na transparentność funkcjonowania państwa? Trochę nadziei. Odrobinka.

Wreszcie, Richard Boyatzis, Melvin Smith i Alim Beveridge oraz Barbara Fredrickson i Marcial Losada napisali, co możemy zrobić, żeby było lepiej. Podpowiedzieli, w jaki sposób wykorzystać politykę do czegoś dobrego. Jestem przekonany, że opowiadanie o przeszłości może służyć czemuś więcej niż tylko maltretowaniu tym, co nigdy nie powinno się wydarzyć. Potrzebujemy trzech rzeczy. Pierwszą jest więcej nadziei. I przekonania, że to my, zwierzęta zwane ludźmi, jesteśmy w stanie zrobić coś dobrego, jeśli tylko będziemy chcieli i wymyślimy, jak to zrobić. Drugą jest inteligencja emocjonalna. Empatia i współczucie. I zdolność do kontroli własnych emocji (wiele osób uważa, że wybuchy emocji są w porządku – nie są, lektura Daniela Golemana wskazuje, że są przejawem niedorozwoju inteligencji emocjonalnej. Ta forma inteligencji ma silniejszy wpływ na sukces życiowy i szczęście niż zdolności poznawcze. Szok?). Ostatnią, trzecią jest dużo, dużo więcej emocji pozytywnych. I mniej stresu. Stres nas zabija. Powoli. Stres zabija też naszą pomysłowość, którą moglibyśmy wykorzystać do zrobienia czegoś dobrego. Albo do zbudowania lepszej bomby atomowej. I tak mogłoby się zdarzyć.

Oto moja odpowiedź na pytanie „o co w tym wszystkim, do cholery, chodziło”: chodziło o nadzieję, że to my możemy coś zmienić na lepsze. Chodziło o inteligencję emocjonalną, która uczyni nasze relacje z innymi lepszymi i zmniejszy powszechną chęć wymordowania ludzi, z którym – przez przypadek – przyszło nam dzielić jedną planetę w jednym czasie. Chodziło o więcej emocji pozytywnych, więcej przyjemnych doświadczeń i więcej dobrych przykładów do naśladowania, dzięki którym będziemy mieli odpoczynek od stresu. Stres zabija – zapamiętajcie!

I o to właśnie chodzi w polityce historycznej. Uznajcie to za moją propozycję rozwinięcia idei Heroic Imagination Project Phila Zimbardo. Opowiadanie o przeszłości ma sens, gdy daje ludziom nadzieję, że mogą stworzyć nasz świat lepszym, gdy wspiera empatię i współczucie, i samoświadomość emocjonalną, a także gdy dodaje nam otuchy.

Dlaczego tak wiele wiemy o Hitlerze, a tak mało o Irenie Sendler? Dlaczego?! Wydaje mi się, że jest tak ponieważ ludzie zwani obywatelami, którzy są wystarczająco zmaltretowani przeszłością, dają się łatwiej kontrolować ludziom nazywanym Władzą lub Klasą Rządzącą. Ludzie mniej zmaltretowani przeszłością szukają w niej inspiracji, nadziei lub przykładów tego, co bardzo, bardzo dobrze, że się wydarzyło.

Wydaje mi się też, że ludzie bardziej pozytywnie nastawieni do świata i tacy, którzy starają się naśladować Irenę Sendler raczej nie będą chcieli budować nowego Auschwitz. Ani wybierać nowych dyktatorów. No dobra, mam taką nadzieję. Mam też nadzieję, że pokazując ludziom, że każdy może zostać bohaterem i zrobić coś dobrego, o czym później powiedzą, że bardzo, bardzo dobrze, że się to wydarzyło, prawidłowo wykorzystalibyśmy potencjał polityki historycznej. Uwierzcie mi, ludzie mogą inspirować innych ludzi, do stworzenia przyjaznego społeczeństwa: potrzeba trochę dobrej woli, sporo pracy i nadziei na to, że wyjdzie z tego, coś dobrego. Kropka.

Czasami czuję się jak jeleń z opowiastki Vonneguta. Chciałbym zapytać „o co w tym wszystkim, do cholery, chodziło?”. Dosyć pesymizmu. Lepiej zadać sobie pytanie „co możemy z tym wszystkim zrobić?”. Przyjemniej? Taką mam nadzieję.

—-

Wykorzystane źródła:

  • Boyatzis, Richard E., Smith, Melvin L., Beveridge, Alim J. 2013. Coaching with Compassion: Inspiring Health, Well-Being, and Development in Organizations, „Journal of Applied Behavioral Science” 49: 2, 153-178.
  • Fredrickson, Barbara L., Losada, Marcial F. 2005. Positive Affect and the Complex Dynamics of Human Flourishing, „American Psychologist” 60: 7, 678-686.
  • Goleman, Daniel. 2012. Inteligencja emocjonalna. Poznań: Media Rodzina (w przekładzie Andrzeja Jankowskiego).
  • Kiesler, Charles A. 1971. The psychology of commitment. Experiments linking behavior to belief. New York: Academic Press.
  • Milgram, Stanley. 1974. Obdience to authority. New York: Harper & Row.
  • Vonnegut, Kurt. 2013. Hokus Pokus. Warszawa: Wydawnictwo Albatros (w przekładzie Zofii Uhrynowskiej-Hanasz).
  • Vonnegut, Kurt. 2004. Matka noc. Poznań: Wydawnictw Albatros (w przekładzie Lecha Jęczmyka)
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s