Niestety nie oglądałem filmu „Być jak Kazimierz Deyna” w reżyserii pani Anny Wieczur-Bluszcz. Czytałem, że jest całkiem zabawny. Być może. Moim zdaniem, całkiem zabawne są powieści Josepha Hellera. I Kurta Vonneguta. A zwłaszcza Kurta Vonneguta. Bardzo chciałbym, żeby ktoś kiedyś nakręcił film „Być jak Kurt Vonnegut”. Z pewnością byłby całkiem zabawny. Na tyle zabawny, na ile zabawnym może być film, który pokazuje i amerykańską zapaść Wielkiego Kryzysu, i katastrofę II wojny światowej. I aliancką masakrę Drezna.

Dwukrotnie byłem w Dreźnie. Dziś Drezno jest piękne. Wcześniej też było. Przez pewien czas było tylko pogorzeliskiem.

(W swej słynnej „Rzeźni numer pięć” Vonnegut napisał tak: „Na dworze padał ognisty deszcz. Drezno było morzem ognia. Ten ogień pożerał wszystko, co organiczne, wszystko, co się pali. […] Kiedy Amerykanie i ich strażnicy wyszli na powierzchnię, niebo zasnuwał czarny dym. Słońce było gniewnym małym punkcikiem. Drezno nie różniło się teraz od Księżyca – ani śladu życia, nic tylko minerały. Kamienie były gorące. W sąsiedztwie nie ocalał nikt. Zdarza się”. Być jak Kurt Vonnegut).

[I]

Jestem przekonany, że najpóźniej w Dreźnie Vonnegut dostrzegł jak dziwnym zjawiskiem jest korzystanie przez człowieka z wolnej woli. Możemy ratować ludzi. Możemy zabijać ludzi. Możemy nie robić nic. Dzięki wolnej woli człowiek wymyślił i prawa człowieka, i bombę wodorową. „Prawa człowieka? Czy coś może bardziej przeczyć prawom jakiejkolwiek formy życia niż bomba wodorowa?”, zapytał w „Trzęsieniu czasu” Vonnegut.

„Trzęsienie czasu”, bo o nim właśnie chciałem pisać, jest o wolnej woli. Pół wieku po swej pierwszej wizycie w Dreźnie, która zbiegła się w czasie ze spopieleniem tego miasta, Vonnegut wymierzył swym piórem w wolną wolę. Bywa.

Nie zapomniał też o bombie wodorowej, tej jednej z najmniej zabawnych konsekwencji posiadania przez człowieka wolnej woli. Prawdziwy Vonnegut, fikcyjnym piórem swego fikcyjnego alter ego Kilgore’a Trouta w równie fikcyjnym opowiadaniu „Nie powód do śmiechu”, napisał tak: „gdy samolot zbliżał się do celu, pilot z zadumą rzucił do interkomu, że gdy wrócą z misji, jego matka, pielęgniarka na porodówce, stanie się sławną osobistością. Bombowiec Enola Gay i kobieta, której imieniem go nazwano, zyskali bowiem sławę godną gwiazd filmowych, gdy samolot zrzucił swój ładunek na Hiroszimę. […] Jednak im dłużej pilot nad tym deliberował, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że jego kochana owdowiała matka nie powie reporterom, że jest szczęśliwa, bo samolot pilotowany przez jej syna zabił dotąd największą na świecie liczbę cywilów naraz. […] Pilot Joy’s Pride wykonał zwrot na niebie. Z czerwonym kurewstwem pod sobą. I skierował się z powrotem na Banalulu. Zrobił to – pisał Trout – bo tak chciałaby jego matka„. Ludzie mogą wymyślić bombę wodorową. Mogą też zdecydować by jej nie użyć. Bo tak chciałaby ich matka. Mogą też zdecydować by jej użyć. Bez względu na to czy chciałaby tego ich matka. Mogą też – jeśli by tylko chcieli – użyć min lądowych (które też mają swe miejsce w twórczości Vonneguta). Miny lądowe to takie bomby wodorowe dla jednostek. Bywa. Ktoś, kto wymyślił miny lądowe pewnie został bohaterem.

[II]

„Byłeś chory, ale teraz jesteś zdrowy i przed tobą wiele do zrobienia”. Tymi słowami literackie alter ego Vonneguta, Kilgore Trout, wyrwało pierwszego człowieka ze stanu apatii po tytułowym trzęsieniu czasu. Nieco później, niesione przez telewizję, kredo Trouta obudziło miliony Amerykanów zaskoczonych niespodziewany powrotem wolnej woli. I uratowało świat przed nieuchronną katastrofą.

Jakże ironicznym jest Vonnegut. Bohaterem nie został super-żołnierz, który jednym karabinem, grantem hukowym i widokówką zabił dziesiątki wrogich najeźdźców. Nie został nim super-agent, który za pomocą pistoletu ukrytego w mankiecie marynarki zabił groźnego szaleńca. Ani nie został nim super-naukowiec, który dosłownie w ostatniej chwili odkrył jak uśmiercić niezliczoną ilość przeciwników. Ba, nawet bohaterem nie jest super-zwykły-człowiek dokonujący super-niezwykłych-rzeczy w super-niezwykłych-okolicznościach. U Vonneguta bohaterem ratującym świat zostaje bezdomny i zapomniany pisarz, który wyrzuca swe opowiadania do nowojorskiego śmietnika. Kilgore Trout. Tacy ludzie też bywają bohaterami.

Bohaterowie wszystkich powieści (i opowiadań) Vonneguta mają jedną wspólną cechę: ich stwórca każe im stawiać czoło najtrudniejszym możliwym wyzwaniom (choć nie oznacza to, że każe im zabijać pluton komandosów za pomocą spinacza i kolorowego czasopisma). Vonnegut we wstępie do zbioru opowiadań „Tabakiera z Bogombo” wyliczył osiem punktów twórczego pisania. Szóste z przykazań głosi: „Bądź sadystą. Nieważne, jak urocze i niewinne są twoje główne postacie, stawiaj je w sytuacjach, w których przytrafiają im się okropne rzeczy – aby czytelnik mógł zobaczyć, z jakiej gliny są ulepione”. Sam robił to z premedytacją (gdyby jakikolwiek kodeks pozwalał sądzić pisarzy za zbrodnie popełnione na swoich literackich bohaterach, to z pewnością Vonnegut w swej rodzinnej Indianie byłby zagrożony karą śmierci).

Zaledwie wczoraj napisałem, że ludzie w sytuacjach krańcowych wcale nie muszą okazać się bohaterami. Vonnegut stawia swych fikcyjnych ludzi w sytuacjach krańcowych i każe im korzystać z wolnej woli. Mogą zabijać, mogą ratować. Mogą kłamać, mogą mówić prawdę. Jedni zostają bohaterami, inni nie. W „Matce nocy” Vonnegut zaczyna od morału, który jest uniwersalnym dla całej jego twórczości. „Jesteśmy tym, kogo udajemy, i dlatego musimy bardzo uważać, kogo udajemy”.

W „Trzęsieniu czasu” Vonnegut ubolewa, że – pomimo powszechnej dostępności wolnej woli – tak mało ludzi pragnie udawać bohaterów skłonnych do poświęcenia dla drugiego człowieka, a tak wielu ludzi pragnie udawać drani pragnących wzbogacić się kosztem drugiego człowieka. „Trzeba ratować ludzi”, tuż po zakończeniu trzęsienia czasu nawoływał Kilgore Trout. To kolejny uniwersalny morał twórczości Vonneguta. Im więcej osób będzie ratować ludzi, tym mniej będzie konstruować i wykorzystywać bomby wodorowe czy miny lądowe, czy choćby zwykłe pistolety. Będą zbyt zajęci pomaganiem innym.

[III]

Vonnegut proponuje kilka poprawek do konstytucji Stanów Zjednoczonych. Jak dotąd, mimo że upłynęły już niemal dwie dekady, nikt ich nie rozważył. Do polskiej konstytucji również mogłyby zostać wkomponowane, dlaczego nie?

„Artykuł XXVIII: Każde nowo narodzone dziecko będzie szczerze kochane i otaczane opieką aż do wieku dojrzałego.
Artykuł XXIX: Każdy dorosły, który będzie tego potrzebował, dostanie sensowną pracę za godziwe wynagrodzenie”.

„Artykuł XXX: Każdy obywatel po osiągnięciu ustawowej dojrzałości zostanie uznany za dorosłego podczas uroczystości o charakterze publicznym, podczas której przyjmie na siebie nowe obowiązki społeczne i związane z nimi przywileje.
Artykuł XXXI: Należy dokładać wszelkich starań, aby każdy obywatel czuł, że gdy odejdzie, wszyscy odczują jego brak”.

Współcześnie, choć właściwie to już od wieków, najszybszą drogą do pamięci zbiorowej jest zabijanie jak największej liczby ludzi lub wymyślanie nowych, skuteczniejszych form zabijania jak największej liczby ludzi. Pokręcone. Praktycznie nikt nie chciałby zostać zabitym, ale żeby traktować jako bohaterów tych, którzy zabijali ludzi… A to co innego. Oczywiście, o ile zabijali oni innych, a nie swoich. Kto zabija wrogów staje się bohaterem. Proste?

Vonnegut proponuje nieco inny wybór. Można zostać pilotem, który zrzuca bombę wodorową, a można zostać pilotem, który nie zrzuca bomby wodorowej. Wolna wola. „Byłeś chory, ale teraz jesteś zdrowy i przed tobą wiele do zrobienia”. Warto zapamiętać kredo Kilgore’a Trouta. Warto przeczytać „Trzęsienie czasu” Kurta Vonneguta.

Może kiedyś powstanie „Być jak Kurt Vonnegut”. Będzie to film, który opowie o absurdach życia, o ironii, o Wielkim Kryzysie, o samobójczej misji cywilizacji zachodniej przewrotnie zwanej wojną światową, o spopielonym Dreźnie. I o powracającym pytaniu o sens korzystania przez człowieka z wolnej woli.

—–

Przywoływane prace:
1) Kurt Vonnegut. 2012. „Trzęsienie czasu” (w przekładzie Magdaleny Słysz). Warszawa: Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, ss. 287.
oraz
2) Kurt Vonnegut. 2003. „Rzeźnia numer pięć czyli krucjata dziecięca, czyli obowiązkowy taniec ze śmiercią” (w przekładzie Lecha i Janusza Jęczmyków). Poznań: Wydawnictwo Zysk i S-ka, s. 157-158.
3) Kurt Vonnegut. 2012. „Tabakiera z Bogombo” (w przekładzie Elżbiety Zychowicz). Warszawa: Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, s. 30-31.
4) Kurt Vonnegut. 2004. „Matka noc” (w przekładzie Lecha Jęczmyka). Poznań: Wydawnictwo Zysk i S-ka, s. 5.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s