Stało się. Jasnym jest już, że nie tylko instytuty i wydziały nauk politycznych produkują bezrobotnych. Z toczącej się w Polsce debaty wywnioskować można, że to uniwersytety produkują bezrobotnych. I to masowo. Bezrobotnych różnego typu i różnego gatunku. A produkują ich bo są w kryzysie. Prawda, że banalne?

Niedługo dowiemy się zapewne, że to kobiety rodzące dzieci produkują bezrobotnych. Wszak urodziły ich i bardzo często wykarmiły własną piersią. Dla niektórych może być to ważny argument w debacie aborcyjnej. Nie ma dzieci, nie ma bezrobotnych. Nie ma też emerytur. Zdarza się. Na razie wiemy jednak, że to uniwersytety produkują bezrobotnych. Ostatnio, starałem się wytłumaczyć, dlaczego uważam, że uczelnie nie produkują ani pracujących, ani niepracujących, tylko wykształconych (a przynajmniej powinny). Teraz nie będę wracał do tego zagadnienia. Dziś ważnym jest to, że polskie uniwersytety są w kryzysie.

Kryzys to w języku polskim słowo szczególnie ważne. Oddaje bowiem stan charakterystyczny dla niemal ośmiu ostatnich dekad historii Polski. Historii szkolnictwa wyższego również. Brak mi wystarczającej wiedzy by przesądzić czy w Międzywojniu polskie uniwersytety były w kryzysie. Pewnie tak. Być może? W Polsce z reguły coś, co jest, znajduje się w permanentnym kryzysie. A skoro uniwersytety były, to i kryzys być musiał. Jednakże, dziś to nie jest jakiś tam byle kryzys, to jest kryzys w czasach kryzysu! Nadkryzys!

Wiemy zatem, że jest źle chociaż miało być tak dobrze. Zielona wyspa wysycha. Uniwersytety kształcą bezrobotnych – huczą gazety i portale. Premier Donald Tusk póki co milczy. Wszak tragiczna sytuacja na rynku pracy dotyka już nie tylko nieumiejących spawać politologów czy innych niewykwalifikowanych humanistów, lecz i kwiat narodu – inżynierów, informatyków, chemików i biotechnologów. Dramat. A miało być tak pięknie. Młodzi, wykształceni, z dużych miast… i bezrobotni.

Trwająca debata dałaby się streścić w krótkim oświadczeniu: jest źle, a miało być wspaniale. Winne uniwersytety. I Cezary Gmyz (a nie przepraszam, pan redaktor Gmyz winny jest czego innego). Ale i z tej jałowej dyskusji można wyłowić głosy, którym warto poświęcić nieco uwagi. Dwa z nich są godne jej w szczególności. Całkowicie różne od siebie, niekiedy stojące w wyraźnej opozycji i wygłoszone z dwóch zupełnie różnych perspektyw. Ale mające wspólny mianownik: trzeźwe spostrzeżenie, że jest tak źle, że nie miało prawa być dobrze. A winne nie są temu uniwersytety, ani nawet pan redaktor Gmyz, ale nasza powszednia krótkowzroczność.

Zupełnie nieznany mi wcześniej prezes przedsiębiorstwa informatycznego dc.sa pan Maciej Borówka udzielił Arturowi Kiełbasińskiemu z redakcji „Gazety Wyborczej” dwóch niezwykle interesujących wywiadów. Tłumaczył w nich, dlaczego on, przedsiębiorca nie decyduje się na zatrudnianie absolwentów. I to nie absolwentów politologii, ale informatyków, inżynierów i specjalistów od marketingu. Zgroza! Nie zatrudnia! Pan Borówka bez skrępowania stwierdził, że ich zatrudnienie jest nieopłacalne dla przedsiębiorstwa. Logiczne, nieprawdaż? Ale zaraz, jak to? – odezwał się we mnie wewnętrzny głos oburzenia. I tu pan Borówka wnet zagłuszył wątpliwości, podkreślając, że – generalnie – polski absolwent jest nielojalnym pracownikiem, wymagającym dużych inwestycji, gdyż choć wyposażony jest w pewną wiedzę, to brak mu podstawowych kompetencji i umiejętności. I chociaż przedsiębiorca nie stwierdza tego wprost, to zdaje się mówić, że absolwent polskich uczelni jest półproduktem.

Wywiad wywołał poruszenie. Młodzi internauci pragnęli zlinczować pana Borówkę. Krwiopijcę i wyzyskiwacza. Drania. Jednakże, nie powiedział on niczego, co mogłoby wywołać taką krytykę. Zdiagnozował trzy problemy. I tyle. Po pierwsze, w przeważającej masie, polscy studenci nie robią nic (poza studiowaniem, rzecz jasna) by być w przyszłości dobrym pracownikiem. Po drugie, cechuje ich rozwinięta i nieuzasadniona postawa roszczeniowa. I po trzecie, polskie uczelnie nieudolnie inwestują w rozwój swoich studentów. Trzy grzechy: lenistwo, pycha i chciwość. Trzy z siedmiu grzechów głównych. Tak bywa.

Pan Borówka zdaje się być człowiekiem rozsądnym. Wypowiada się logicznie, odniósł jakieś sukcesy w biznesie. Nie ma przesłanek by sądzić, że nie wie o czym mówi. Chyba wie. I (nie tylko on) widzi, że studenci – w większości – nie próbują nawet złamać tej klątwy krótkowzroczności. Żyją w perspektywie „do następnego weekendu”, który i tak często zaczyna się od środy. Nie podejmują inicjatyw. Nie szukają nieszablonowych rozwiązań. Nie wykazują się innowacyjnością. Nie ryzykują. A przede wszystkim unikają pracy. Nie tyle ciężkiej pracy, co pracy w ogóle. Przecież, jak słusznie podkreśla pan Borówka, niektórych umiejętności nie sposób zdobyć na studiach, lecz potrzebna do tego jest zawodowa praktyka. Aż chciałoby się sparafrazować nie tak znowu stare powiedzenie i zakrzyknąć do studentów: „nie magister lecz chęć szczera, zrobi z ciebie milionera”. Powiało nieuzasadnionym optymizmem. Czasem musi.

Ale nie tylko studenci produkują z siebie bezrobotnych. Uczelnie nie są bez winy i nie starają się zmienić sytuacji. No ale przecież uniwersytety są w kryzysie, nieprawdaż? Instytucjonalnym. Jak podkreślałem wcześniej, uparcie twierdzę, że szkolnictwo wyższe nie jest i nie powinno być szkolnictwem zawodowym, lecz systemem pozwalającym na rozwój jednostki i zdobycie przez nią wiedzy w konkretnej dziedzinie. Ale nie może być jedyną ścieżką rozwoju. Nigdy. Polskie uniwersytety nie mają pomysłu jak zarządzać swoimi studentami, by mogli nabyć umiejętności, których nie mogą im zagwarantować kursy akademickie. Praktyki, staże, wolontariat? Wolne żarty. Każdy sobie rzepkę skrobie. I tu moi oponenci (gdybym posiadał takich) zawołaliby: „spójrz, polskie uniwersytety uczą samodzielności”. Uczą też cwaniactwa i krótkowzroczności.

Inicjatywa jest na polskich uczelniach traktowana jak największe zło. Zwłaszcza inicjatywa studencka. Niewiele z niej pożytku, a masa przykrych obowiązków, bo i formalności, i nadzór, i – co najstraszniejsze – dodatkowe koszta. Samo zło! Znacznie korzystniej jest zdusić każdą inicjatywę w zarodku. Podobnie jest z innowacją. Też zło! Po co zmieniać coś, co funkcjonuje? Po co tracić czas na szukanie nowych metod czy aplikowanie nowych teorii? A stare są złe? Najlepiej się dostosować do panujących warunków, przecież już Karol Darwin dostrzegł, że przetrwają ci, którzy będą potrafili się dostosować. Dinozaury nie umiały się przystosować. Umarły. Zdarza się.

Można długo wymieniać grzechy polskich uczelni. Ale co to za spowiedź bez pokuty? A przecież jest i nieefektywny system sprawdzania wiedzy, i brak projektów zespołowych, które mieliby realizować studenci, i przydzielanie zajęć prowadzącym niezainteresowanym zagadnieniem, i powszechne przymrużenie oka na ściąganie czy oszukiwanie. To ostatnie doskwiera mi najbardziej. Oszustwa powinny być bezwzględnie piętnowane. W interesie całego społeczeństwa jest karanie tych, którzy swe sukcesy pragną budować na łamaniu zasad. A na uniwersytetach? Czy słyszał ktoś o dotkliwej karze za ściąganie? Ja nie. Ale ogólnie, mało widziałem.

Choć burzy to mój wyidealizowany obraz muszę stwierdzić, że pan Borówka ma rację. Staram się by nie miał racji. Tyle mogę zrobić – zachęcać studentów do inicjatywy i innowacji, dawać im swobodę działania i wymagać uczciwości. Póki co.

Inną perspektywę prezentuje profesor Leszek Pazderski, chemik z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. I on, jak pan Borówka, ma dużo racji. W swym liście do toruńskiego „Głosu Uczelni” rozważa pytanie, kto produkuje bezrobotnych. Nie oskarża o to ani uniwersytetów, ani pana redaktora Gmyza. I słusznie. Zauważa on bowiem, że niestety polska gospodarka nie potrzebuje wykształconych pracowników, a robotników przygotowanych na odtwórczą i schematyczną pracę. Na trzy zmiany. Raz, dwa, trzy i skręcony koreański telewizor. Hop, siup i jest tabletka. I już. Zero innowacji.

Pan profesor Pazderski zdaje się oponować panu Borówce, mówiąc, że polskie uczelnie wcale nie kształcą absolwentów-półprodukty, a kształtują „fajne produkty” na rynek, który w Polsce nie istnieje. A powinien. Bo polscy inżynierowie nie mają gdzie konstruować swoich wynalazków, bo polscy chemicy nie mają gdzie eksperymentować z nowymi lekarstwami. Dodałbym jeszcze: bo polscy humaniści nie mają gdzie rozwijać swoich koncepcji i ich weryfikować. Przecież, co w Polsce może robić zdolny politolog, specjalizujący się w kształtowaniu wizerunku czy badaniu trendów społecznych, skoro cały – maluteńki – rynek zagospodarowany jest przez szarlatanów, domorosłych ekspertów i działaczy, których albo przytakują politykom, albo mamią ich magicznymi sztuczkami z podręczników podstaw manipulacji. Prawdziwych fachowców jest kilku. Potencjalni nowi nie mogą przebić się przez mur tych niekompetentnych, aczkolwiek o ugruntowanej pozycji. Taka specyficzna forma prawa Kopernika-Greshama.

Zdaje się, że pan profesor Pazderski uwypukla znaczenie krótkowzroczności i chciwości, bagatelizując znaczenie – kluczowych dla opinii pana Borówki – lenistwa i pychy. Być może ma rację. Może to krótkowzroczność polskich władz, które od ponad dwóch dekad nie dostrzegają potrzeby wspierania innowacyjności polskiej gospodarki, jest kluczowa. Może to chciwość kolejnych rządów, które zamiast realizować drogie i ryzykowne inwestycje wolą zdobywać głosy rozdawnictwem. Faktem jest, że Polsce brakuje innowacyjności i odwagi. I Polakom też. Tu pan profesor się nie myli. Te 10% najzdolniejszych, 10% najodważniejszych i 10% najbardziej ambitnych być może będzie szukać swej szansy na emigracji. Pozostałe 70% zostanie. Bez innowacji, bez inicjatywy i – zapewne – bez emerytur. Szkoda. I jednych, i drugich.

Nim debata wygaśnie doświadczymy zapewne wielokrotnego przerzucania winy. Rządzący na uniwersytety, uniwersytety na przedsiębiorców, przedsiębiorcy na absolwentów, absolwenci na rodziców, rodzice na media, media na rządzących. Zamknięty cykl. Potem wszystko ucichnie. A winni są wszyscy. Inaczej. Każdy jest winny, choć w różnym stopniu. I ja, i ty, i on, i ona, i my, i wy, i oni. Każdy, bez wyjątków. Ale potrzebujemy planu, który pozwoli naprawić sytuację. Potrzebujemy świadomości, że jest źle. Kropka. Nie świadomości, że jest źle, ale może będzie dobrze. Nie będzie dobrze. Polskie uniwersytety są w kryzysie, polskie państwo jest w kryzysie, polska gospodarka jest w kryzysie i polskie społeczeństwo jest w kryzysie. Jesteśmy kryzysowymi półproduktami.

Cały świat jest dzisiaj w kryzysie. Zdarza się. To minie. Ważne, żebyśmy byli wśród tych, którzy z kryzysu wyszli silniejsi. Albo chociaż świadomi własnych słabości. Znów powiało nadmiernym optymizmem. Tak miało być.

———–

Przywoływane teksty:
1) A. Kiełbasiński. 23.10.2012. „Absolwent? Nie, dziękuję”. Rozmowa z Maciejem Borówką. On-line: http://wyborcza.biz/ [odczyt: 06.11.2012].
2) A. Kiełbasiński. 02.11.2011. „Nie zatrudniam absolwentów (2). Pracodawca odpowiada na zarzuty, pretensje, uwagi”. Rozmowa z Maciejem Borówką. On-line: http://wyborcza.biz/ [odczyt: 06.11.2012].
3) L. Pazderski. 2012. „Kto produkuje bezrobotnych magistrów?”. „Głos Uczelni” 10/2012. On-line: http://glos.umk.pl/2012/10/bezrobotni/ [odczyt: 06.11.2012].

Reklamy

2 myśli na temat “Absolwenci i półprodukty

  1. Co do pracy dla informatyków to zdecydowanie się nie zgodzę 🙂 To, że jeden przedsiębiorca zatrudnia ludzi z doświadczeniem, a nie bezpośrednio po studiach o niczym nie świadczy.
    Jedni zatrudniają absolwentów i ich szkolą pod siebie płacąc im odpowiednio mniej, a drudzy zatrudniają ludzi z doświadczeniem i płacą im odpowiednio więcej. Wtedy do tych drugich przechodzą ludzie od pierwszych i znowu jest praca dla absolwentów u pierwszych. I tak w kółko. A że firm informatycznych jest coraz więcej to i z pracą nie ma problemu. Zarówno dla ludzi z doświadczeniem, jak i bez.

  2. „Nim debata wygaśnie doświadczymy zapewne wielokrotnego przerzucania winy. Rządzący na uniwersytety, uniwersytety na przedsiębiorców, przedsiębiorcy na absolwentów, absolwenci na rodziców, rodzice na media, media na rządzących. Zamknięty cykl”
    Nie da się ukryć, że Polska produkuję zbyt dużą ilość ludzi z wyższym wykształceniem…tworzą się coraz to nowe „szkoły”, gdzie bez większego wysiłku można otrzymać tytuł magistra. Kiedyś bycie magistrem, inżynierem było wyjątkiem i nierzadko był to dobrze wykształcony i przygotowany do rynku pracy inżynier. Dziś zdarza się, że inżynier nie wie co to młotek a chce zarabiać X więcej niż spawacz, dlaczego? Bo jest przecież inżynierem. Był okres, że ukończenie zawodówki, technikum i posiadanie odpowiedniego fachu w ręku było czymś gorszym….na szczęście się to zmienia. Powoli, ale się zmienia.
    Kolejnym elementem jest produkcja bezrobotnych przez dumnie zwane urzędy pracy. System przekwalifikowywania, który pochłania duże pieniądza daje nam sporą ilość na rynku „specjalistów od malowania paznokci”, Po co? A po to, żeby nikt im nie zarzucił, że nie walczą z bezrobociem.
    Dlaczego mamy kryzys na rynku pracy, dlaczego tyle osób jest bezrobotnych, dlaczego wśród tylu bezrobotnych jest tak duży odsetek ludzi z wyższym wykształceniem? Moim zdaniem, nie ma powiązania nauki z gospodarką. Uczelnie produkują bezmyślnie magistrów historii, pedagogiki, zarządzania i marketingu itp., a rynek nie jest w stanie ich pochłonąć.
    Absolwenci wysyłający swoje CV (i ciekawym przykładem jest tu szeroko pojęta administracja publiczna) trafiają szereg z góry ustawionych osoby konkursów. Bo jak dostać pracę w swoim kierunku wykształcenia skoro nie jest się czyjąś siostrzenicą, bratankiem…?
    Kiedy dotrze do nas, naszej władzy gdzie tkwi problem? Zrozumienie problemu to pierwszy krok, kolejny to chęć podjęcia działań….oby nie tylko w czasie kampanii wyborczej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s